Strony

wtorek, 4 czerwca 2019

Rozdział dziewiętnasty - ostatni

Ottavio POV:
Siedzę na krzesełku w poczekalni, chowam twarz w dłoniach i pozwalam, aby Arina oraz Gabrielle głaskały mnie po plecach, kiedy szlocham głośno. W tej chwili jest mi wszystko jedno, potrzebuję po prostu płakać, wyrzucić z siebie cały żal, rozpacz, bezsilność. To trudne, kiedy przed oczami wciąż mam szalejącą Alessię, jej przepełnione rozpaczą spojrzenie, łzy, bezradność. Nie powinienem mówić jej o tym, kiedy dopiero się obudziła, mogłem poczekać z tą wiadomością, aż będzie czuła się lepiej, chociaż doskonale wiem, że nie mogłem jej okłamać, aby za kilka godzin zrzucić na nią prawdę. Straciliśmy dziecko, nowe życie, na które tak czekaliśmy, o które walczyliśmy przez tyle miesięcy. To dziecko było dla mnie wszystkim, a teraz po prostu go nie ma. Odeszło, pozostawiając po sobie pustkę, z którą będziemy musieli się pogodzić. Czy to
w ogóle możliwe? Czy da się po czymś takim po prostu pójść dalej, zapomnieć? Jak to zrobić?


Wchodzę do sali na drżących nogach, kurczowo ściskając w dłoni klamkę. Alessia leży na łóżku, wtulona
w poduszkę i okryta niemal po samą szyję. Oddycha miarowo, urządzenie monitorujące pracę jej serca pika spokojnie, a wenflon wrócił na swoje miejsce. Na pościeli widnieje czerwony ślad od wyrwania go brutalnie, ale ignoruję ten widok. Podchodzę do łóżka, siadam obok i dotykam palcem jej policzka. Zaskakuje mnie, kiedy nagle uchyla powieki i patrzy na mnie, nie wypowiadając słowa. Myślę sobie, czy
w tym momencie obwinia mnie za wszystko, co ją spotkało. Powinna to zrobić, ponieważ nikt oprócz mnie nie ponosi za to odpowiedzialności. Będę musiał żyć z poczuciem winy, że to przeze mnie nasze dziecko odeszło, a ona prawie umarła. Robiłem wszystko, co w mojej mocy, aby zawsze nad nią czuwać, kiedy chodziła na uczelnię. Mauricio obserwował ją, czuwał nad nią, chociaż nawet o tym nie wiedziała. Psioczyła, że jest dorosła i nie potrzebuje niańki, ale on nigdy nie pełnił takiej funkcji, wręcz przeciwnie, miał osłonić ją własnym ciałem, kiedy tylko zaszłaby taka potrzeba. Był zawsze obok niej, a mimo to stało się najgorsze. Umarł w bibliotece, aby moja żona mogła żyć. Z samego rana Matteo poinformował mnie,
że było osiemnaście ofiar śmiertelnych, a przeżyło jedynie cztery. Żałuję, że zabiłem Conte. Gdybym poczekał, mógłbym sprawić mu niewyobrażalny ból, mszcząc się za moją żonę i tych niewinnych ludzi, którzy przez niego umarli. Mam nadzieję, że właśnie smaży się w piekle. 


Spędzam z Alessią cały dzień. W międzyczasie przewijają się moi rodzice, Arina z Vito, Domenico, Gabrielle z Ignazio oraz rodzice Alessi. Jej matka płacze rzewnie, ubolewając nad stratą wnuka, a moja żona nie pokazuje żadnych emocji. Jakby zamknęła je w sobie głęboko, nie pozwalając ujrzeć światła  dziennego. Sam nie wiem, czy to mnie martwi, czy raczej odwrotnie, ale postaram się namówić ją na wizytę psychologa. Strata dziecka całkowicie ją przygniotła, a ja nie mogłem pozwolić, żeby zamknęła się w sobie i tłumiła negatywne uczucia. Z tego nie wynikłoby nic dobrego, a rozmowa ze specjalistą być może odrobinę zmniejszy cierpienie. Przed nami trudny czas, w którym będziemy dla siebie oparciem. Stanę na wysokości zadania, pokażę, że może na mnie liczyć i że wszystko się ułoży. Mimo tego, iż sam cierpiałem w środku i płakałem po kątach, nie pokazywałem jej, że strata dziecka to był cios również dla mnie. Musi widzieć, że jestem silny i czerpać tę siłę ode mnie, aby samej podnieść się, unieść głowę i kroczyć dalej. Wierzę, że pewnego dnia będzie dane zostać nam rodzicami. Teraz potrzebujemy spokoju, aby zaakceptować stratę i w spokoju ją opłakać. Potem pomyślimy co dalej.

Wieczorem pomagam jej się wykąpać. Ostrożnie myję jej poobijanie ciało gąbką, uważając na siniaki i zadrapania oraz na opatrunek po lewej stronie jej ciała, gdzie znajduje się śledziona. Lekarzom udało się ją uratować, przeprowadzili szybką operację i zatamowali krwawienie. Oby bez żadnych komplikacji.
- Porozmawiaj ze mną - Alessia przerywa panującą ciszę i chwyta moją dłoń - Powiedz cokolwiek, proszę.
- Umierałem w środku, kiedy cię szukali - przełykam gulę w gardle i chrząkam, aby je oczyścić - Tak bardzo się bałem, że straciłem cię na zawsze, że już nigdy nie zobaczę twoich oczu, uśmiechu, nie posłucham twojego głosu. Poprzedniego dnia nakrzyczałem na ciebie, nie rozmawialiśmy i rozstaliśmy się w gniewie. To moja wina, Alessio, to przeze mnie straciliśmy dziecko, prawie umarłaś. Nigdy sobie tego nie wybaczę.
- Ottavio - unosi palcem moją głowę, przykłada dłoń do policzka i przesuwa się, muskając moje usta - To nie jest twoja wina, to nie ty ostrzelałeś budynek, nie ty spowodowałeś wybuch. Zrobił to ktoś inny, ale
nie mój mąż, który mnie szukał. Nie pozwalam ci się zadręczać, rozumiesz? Potrzebuję cię, twojej siły.
- Jestem tutaj, przy tobie. Przysięgam, że nigdy więcej nie spotka cię żadna krzywda. Ochronię cię własnym ciałem, choćbym sam miał pójść w piach - kręci głową, dotyka kciukiem mojej dolnej wargi, a po jej policzkach płyną łzy - Już dość ich wylałaś, nie płacz, proszę. Przepraszam za wszystko, kochanie.
- Nie przepraszaj, Ottavio. Pragnę jedynie o tym zapomnieć, pogodzić się ze stratą i żyć dalej. Jest mi tak ciężko, bo czuję, że jego już we mnie nie ma - szlocha głośno, wtulając głowę w zagłębienie mojej szyi. Sam pozwalam sobie na łzy, jednak ciężar jest tak okropny, że ciężko udźwignąć go w pojedynkę - Kochałam to d-dziecko, bo było częścią nas obojga. Tak długo na nie czekaliśmy, dlaczego je straciliśmy?
- Sam chciałbym wiedzieć - odchylam się, patrzę na jej piękną twarz i ocieram łzy - Jestem wściekły, że tak się stało, że pozwoliłem Conte działać - Alessia marszczy brwi, a jej spojrzenie się zmienia - To on wszystko zaplanował. Zabiłem go, przed tym torturując, a ten skurwiel i tak cię skrzywdził. Mam ochotę wpakować w niego cały arsenał magazynków - złoszczę się, jednak dłonie Alessi skutecznie mnie uspokajają - Zemszczę się na tych, którzy to zrobili. Zabiję co do jednego, przysięgam ci to tu i teraz.
- Wiem i nie będę cię powstrzymywać - uśmiecha się lekko, ociera moje łzy i całuje w czubek nosa.
- Wszystko będzie dobrze, skarbie. Za kilka dni zabiorę cię domu, tam dojdziesz do siebie, wyzdrowiejesz, a kiedy będziesz gotowa, postaramy się o kolejne dziecko. Uda nam się, wierzysz w to, prawda?
- Oczywiście, że wierzę. Pragnę dać ci dziecko, ale najpierw muszę przeboleć stracę tego, które odeszło.
- Oboje to zrobimy, Alessio. Będę przy tobie przez cały czas, nie zostawię cię. Bardzo cię kocham.
- Och - zagryza wargę, patrząc na mnie spod rzęs. Cholera, powiedziałem to na głos? - Od kiedy?
- Mam wrażenie, że od dawna. Od kiedy zostałaś moją narzeczoną, a potem wszystko nagle się schrzaniło i oddaliliśmy się od siebie. Ale potem... po tych fatalnych siedmiu miesiącach, mojej zdradzie, twoim wybaczeniu i naszym dziecku - wzdycham ciężko i przytulam jej drobne ciało do siebie, aby poczuć jej bliskość - Zrozumiałem, że jesteś dla mnie najważniejsza. Przysięgam, że to się nigdy nie zmieni.



Alessia POV:
Wciskam w siebie kolację, którą dostarczył mi pod sam nos Matteo. Specjalne zamówienie od kochanej Martiny, która zawsze dbała o nasze brzuchy. Lekkie placuszki bananowe z musem truskawkom i muesli na deser to strzał w dziesiątkę. Jeszcze chwilę temu nie miałam apetytu, jednak zapach mnie skusił. Staram się ignorować lekkie rwanie w lewym boku i wkładam do ust kawałek placuszka, dzieląc się z Ottavio. Nie opuścił mnie nawet na chwilę, czuwał przez cały czas i wspierał, tuląc do swojego ciała. Potrzebowałam go jak tlenu, tylko on mi pozostał i czułam, że dzięki niemu odzyskam spokój, który utraciłam. Przez to, co się wydarzyło, zapewne będę zupełnie inną osobą. Straciłam dziecko, moją miłość od pierwszego zobaczenia, małego człowieka, który był tak wyczekiwany i chciany. Niestety niedane nam było doczekać się go na świecie, został nam odebrany, pozostawiając w sercach dziurę. Nie wiem, ile będzie musiało upłynąć czasu, nim ból całkowicie zniknie. Nie jestem pewna, czy to będzie w ogóle możliwe, bo jak pogodzić się z taką stratą? Dlatego właśnie potrzebowałam swojego męża i jego pocieszenia, aby nie zwariować i nie zadręczać się myślami. Widocznie tak musiało być, takie było przeznaczenie i choćbym drapała, gryzła i wrzeszczała, nic już tego nie zmieni. Czasu nie da się cofnąć. Conte już za to zapłacił, Ottavio pomścił mnie i tych niewinnych ludzi, którzy umarli w bibliotece. Kiedy mój mąż powiedział mi, że było ich aż tyle, rozpłakałam się. To cholernie niesprawiedliwe, że przez jednego człowieka, jedną, głupią decyzję, musiało zginąć tyle ludzi. To ja byłam celem, a mimo to wciąż żyłam. Dlaczego to zrobił, skoro w niczym nie zawiniłam? Prosiłam, żeby załatwiał swoje interesy z Ottavio, nie mieszając mnie do tego, jednak cholerny Conte był skurwielem, który innych ludzi miał głęboko w dupie. Cieszę się, że nie żyje, że nigdy więcej już go nie zobaczę. Napsuł mi wystarczająco dużo krwi, to przez niego moje dziecko nie żyje, ci biedni ludzie również i liczę na to, że nigdy nie zazna spokoju. Zasłużył na męki nawet po śmierci.





*****
Ottavio POV:
Po tygodniu Alessia może opuścić szpital. Lekarz dokładnie ją zbadał, zrobił wywiad i pozwolił na wyście
do domu. Siniaki nieco przyblakły, rana wciąż się goiła, ale te na sercu pozostają na zawsze. Na szczęście Alessia przez te kilka dni korzystała z pomocy psychologa, zwierzała się, płakała, żaliła, jednak te rozmowy naprawdę jej pomagały. Zrzucała z barków ciężar, bezsilność i próbowała zrozumieć, dlaczego tak się stało. Po każdej wizycie młodej doktor, czuła się lżejsza, przytulała do mnie i po prostu zasypiała. 


Kiedy tylko podjeżdżam pod dom i biorę Alessie na ręce, przed nami pojawia się moja rodzina. Domencio, rodzice, Gabrielle i Arina z Vito. To ona pierwsza rzuca się w naszym kierunku, ściska moją żonę i patrzy na nią ze łzami w oczach. Dopiero teraz myślę nad tym, jak Alessia będzie na nią reagować. Obie były w ciąży, obie wesoło o tym trajkotały i wykłócały się, która z nich przytyła bardziej. Nie chcę, żeby Alessia się zadręczała i czuła źle. Niebawem w naszej rodzinie pojawi się nowy członek, syn mojego brata, co dla nas obojga będzie szczęściem, ale i osobistą rozpaczą. Oboje mieli dorastać razem, bawić się i psocić.
- Wszystko będzie dobrze, Alessio, zobaczysz - Arina odgarnia jej jasne włosy i posyła lekki uśmiech. Muszę przyznać, że Arina była dla niej ogromnym oparciem od samego początku, jak tylko się poznały. Alessia wspominała mi, jak dodawała jej otuchy przed naszym ślubem. Sama musiała wyjść za Vito, nikt nie pozostawił jej żadnego wyboru, a ta mała, drobna dziewczynka walczyła jak lwica, absolutnie nie podporządkowując się mojemu bratu. To niesamowite, że obdarzyła go miłością, zmiękczyła jego serce i chwyciła za jaja, całkowicie zmieniając - Musisz dużo odpoczywać, dojść do siebie, a reszta się ułoży.
- Wiem, potrzebuję tylko trochę czasu - Alessia ściska dłoń Ariny, która ustępuje miejsca mojemu bratu.
- Jesteś dzielną, babką, mała. Pamiętaj o tym - Domenico układa dłoń na jej karku i przysuwa do siebie - Nie daj się złamać, Alessio. Walcz, bo wiesz, że jest o co. Ten kretyn cię kocha i nie pozwoli, żeby ktokolwiek ponownie zrobił ci krzywdę. A jeśli się odważy, osobiście utnę mu kutasa i wcisnę w gardło.
- Wow - Alessia chrząka, a jej policzki robią się czerwone - Dziękuję, to było naprawdę... niesamowite.
- Się wie! W końcu jesteśmy rodziną, stoimy za sobą murem i coś takiego nigdy się już nie powtórzy.
- Och, synu - ojciec przewraca oczami, zdegustowany gadką Domenica i podchodzi bliżej. Alessia spina się, mocniej wbijając palce w moje ramię - Cieszę się, że żyjesz, dziecko. Conte popełnił wiele błędów, ale ten zdecydowanie był największy. Pozbawił was potomka, a mnie wnuka. Aż chce się ponownie przywlec tutaj jego cielsko i pomścić waszą krzywdę. Jesteś dzielna, wierzę, że pokonasz smutek i żal. Głowa do góry.
- Dziękuję, Federico - ściska jego dłoń, a ojciec uśmiecha się pierwszy raz, od bardzo, bardzo dawna.
- Teraz moja kolej - na głos matki, ciało mojej żony napina się jak struna. Od Wigilii ich relacje były niemal zerowe, a w powietrzu nadal wisiało napięcie. Matka nie przeprosiła za swoje zachowanie, o co wciąż miałem do niej żal. Powinna była to zrobić, ponieważ wszystko, co wtedy powiedziała, było okrutne i krzywdzące dla Alessi. W dodatku po mojej kłótni z żoną, przemaglowałem matkę i dowiedziałem się o wszystkim, co jej nagadała. Nie wierzyłam, że śmiała zapytać ją, czy spiskowała z Conte za moimi plecami! Byłem wściekły na matkę i ten stan utrzymywał się do dnia dzisiejszego. Musiała zmienić nastawienie, jeśli chciała mojego szacunku - Mam świadomość, że nasze stosunki były ostatnio napięte, ale chciałabym, abyś wiedziała, że jest mi bardzo przykro, że spotkała cię taka tragedia, Alessio - mama spogląda na mnie, posyłając mi smutny uśmiech. Była dobrą kobietą, o dobrym sercu, jednak wiodła takie, a nie inne życie, w którym musiała mieć twardy tyłek. Czasami przechodziła samą siebie, wygadywała rzeczy, które raniły i nie potrafiła przeprosić, ale czułem, że słów z Wigilii żałowała - Odpocznij, dojdź do siebie, a reszta jakoś się ułoży - głaszcze jej dłoń, chrząka i wycofuje się, stając obok ojca. Chłodno, ale na temat.



Wieczorem nareszcie zostajemy sami. Nie łatwo było przegonić Arinę i Gabrielle, które spędziły z Alessią popołudnie, próbując odciągnąć jej myśli od utraconego dziecka. Byłem im za to wdzięczny, ponieważ moja żona naprawdę potrzebowała wsparcia i to nie tylko ode mnie. Liczyłem na to, że dziewczyny nie pozwolą jej się zadręczać, a kto jak kto, one wiedziały, co zrobić, aby poprawić jej humor. Nie ma to jak babskie wieczorki przy filmie, popcornie i lodach. Potrzeba było nam tylko trochę czasu.
- Jestem zmęczona - Alessia ziewa przeciągle, kiedy okrywam ją kołdrą i kładę się obok. Wtula się w mój tors, kreśląc na nim wzorki paznokciem - Kiedy byłam w bibliotece, na chwilę odzyskałam przytomność - mówi niepewnie, a moje serce przyśpiesza. Nie jestem pewny, czy chcę wiedzieć, co chce mi powiedzieć - Bardzo dobrze pamiętam jęki innych ludzi, którzy tam byli. Cierpieli z bólu, z bezradności i ze strachu. Obok mnie leżał Mauricio, który mocno mnie do siebie przytulał, jakby ochraniał mnie swoim ciałem. Była też dziewczyna, cała we krwi, z roztrzaskaną głową. Ona była taka młoda, miała życie przed sobą.
- Kotku, nie jestem pewny, czy to dobry moment na powracanie pamięcią do tego dnia. Odpocznij, proszę.
- Nie rozumiesz? Byłam celem Salvatore, tylko ja! Więc dlaczego musiało zginąć aż tylu niewinnych ludzi?
- Ponieważ ten człowiek był popierdolony, Alessio - przekręcam się, zniżam i patrzę w jej załzawione oczy - Postanowił zrobić coś strasznego, posuwając się do ataku na bibliotekę. Sądziłem, że planuje przejąć moje magazyny z towarem, bo od samego początku o to mu właśnie chodziło. Nie miałem pojęcia, że obrał za cel ciebie i tego sobie nigdy nie wybaczę. Powinienem był się domyślić. Kiedy tylko o tym myślę...
- Nie winię ciebie, Ottavio. Nie jesteś jasnowidzem, skąd mogłeś wiedzieć, co siedzi mu w głowie? Tylko on o tym wiedział i ci, którzy zaatakowali bibliotekę. Chciałabym, żebyś ich złapał. Możesz to dla mnie zrobić? - patrzę na nią lekko zszokowany i przytakuję głową. Widzę żal oraz złość w jej spojrzeniu - Pragnę, żeby cierpieli. Jeśli dorwiesz ich w swoje ręce, nie okazuj im grama litości. Chcę spojrzeć im w oczy.
- Nie zrobisz tego. Nie pozwolę, żebyś była w ich pobliżu, zapomnij. Nie narażę cię na niebezpieczeństwo.
- Nie jestem dzieckiem, nie zapominaj o tym. Przepełnia mnie smutek, poczucie straty, żal i wina, iż ci ludzie umarli przeze mnie. Chcę zobaczyć tych, którzy to zrobili i powiedzieć im, że będą smażyć się w piekle - mówi ostro, a jej palce zaciskając się na mojej dłoni - Obiecaj, że mi na to pozwolisz, proszę.
- Alessia - burczę pod nosem, jednak wystarczy jej spojrzenie, abym uległ. Szlag! Źle postępuję, ale dla niej jestem w stanie zrobić wszystko - W porządku. Kiedy ich dorwę, zapłacą za wszystko i zobaczysz ich. Ale teraz musisz odpoczywać, zregenerować siły i dojść do siebie po operacji. Zrobisz to dla mnie?
- Zrobię - uśmiecha się lekko, przykładając dłoń do mojego policzka i głaszcząc kciukiem policzek. Nie mogę oderwać od niej wzroku, a wspomnienia przytłaczając mnie swoją siłą. Nawiedza mnie widok jej sponiewieranego ciała, zakrwawionych włosów, siniaków. Jej wrzaski, kiedy dowiedziała się o dziecku,
szał, obłęd w oczach, rozpacz. Nigdy nie będę w stanie wymazać tych wspomnień z pamięci - Nie myśl o tym, proszę. Widzę, że wracasz do tego dnia, kiedy to się stało. Jestem tutaj, Ottavio, z tobą. Żyję.
- Wiem i to jest cholerny cud. Bałem się, że straciłem cię na zawsze, że już nie będę miał możliwości powiedzieć, jak bardzo cię kocham, że jesteś dla mnie wszystkim i przepraszam za popełnione błędy.
- Te błędy zaprowadziły nas do miejsca, gdzie teraz jesteśmy. Kto wie, czy nasze małżeństwo wyglądałoby tak, jak teraz, gdybyśmy nie musieli przejść przez gówno? Pewne sytuacje otwierają oczy, uczą nas i dają nadzieję, że jeśli naprawdę się postaramy i nam zależy, wszystko można naprawić. Nam się to udało.
- Tak, udało się. Obiecuję, że nigdy więcej cię już nie zawiodę. Jesteś dla mnie najważniejsza, Alessio.
- A ty jesteś najważniejszy dla mnie - wtula głowę w zagłębienie mojej szyi i obejmuje w talii. Zamykam oczy, napawając się jej bliskością i zapachem, który upewnia mnie, że jest tuż obok. Kiedy ona zaśnie, ja wyślę moich ludzi na poszukiwania tych, którzy zaatakowali bibliotekę i dorwę ich, choćbym miał spędzić całe życie na szukaniu ich. A potem staną przed moją żoną i przed śmiercią spojrzą jej w oczy.
 




K  O  N  I  E  C





***********************
Hello!


No i dobrnęliśmy do końca. Jakoś to szybko poszło :(
Standardowo dziękuję każdej dobrej duszyczce, która zostawiła po sobie komentarz. To dla mnie mega wsparcie i kop do działania :)

Tak więc losy Alessi i Ottavio dobiegły końca, teraz czas na... Domenico :D
Prolog pojawi się jeszcze dzisiaj :)
Link do bloga - KLIK

(zostanie odblokowany jak dodam prolog)

Całuję was i dziękuję, że ze mną jesteście ♥













niedziela, 2 czerwca 2019

Rozdział osiemnasty

Ottavio POV:
Nie mam pojęcia, jakim cudem dojeżdżamy na miejsce. Ledwo kontaktuję, nie dociera do mnie nic z
tego, co mówi Domenico oraz Vito i skupiam uwagę na swoim celu, aby jak najszybciej wejść do środka i zabrać stamtąd swoją żonę. Niestety wejście blokują strażacy oraz policja, której wokół jest od cholery.
- Boże, co się tutaj stało? - Vito szepcze zszokowany, przyglądając się budynkowi biblioteki. Główną ścianę zdobią dziury po pociskach, ze środka wciąż unosi się dym, a bok jest niemal wyrwany w całości.
- Dowiemy się tego w swoim czasie, teraz najważniejsza jest Alessia. Musimy ją znaleźć i wydostać.
- Alberto! - Vito krzyczy, aż się wzdrygam, a niski mężczyzna podchodzi do nas, kłaniając się - Możesz nam powiedzieć, co się tutaj odjebało? W środku jest żona mojego brata, macie jakieś dane o ofiarach?
- Strażacy nadal nad tym pracują. Dopiero teraz ugasili pożar i weszli do środka. Świadkowie twierdzą, że ktoś najpierw ostrzelał budynek, a potem do środka wpadło kilka granatów. Szkody są ogromne, Vito.
- Muszę tam wejść - zmuszam nogi do ruchu, mijam ich i dzielnie kroczę wprost do wyrwy w ścianie. Ten widok niemal ścina mnie z nóg, a widok zniszczeń jest przerażający. Najgorsze jest jednak to, że gdzieś w środku jest Alessia. Ona i nasze dziecko. Boże, oni muszą żyć! Dlaczego wczoraj na nią nakrzyczałem?!
- Ottavio, nie! - silna dłoń Domenico zatrzymuje mnie w miejscu, próbując powstrzymać - Nie możesz!
- Muszę, rozumiesz?! Tam jest moja żona, muszę ją odnaleźć i zabrać do szpitala. Nie mogę czekać!
- Ottavio, budynek w każdej chwili może się zawalić - Alberto kręci głową, patrząc na mnie ze współczuciem - Strażacy wiedzą, co robią, zaufaj im. Jestem pewny, że znajdą twoją żonę, daj im czas.



Alessia POV:
Kiedy odzyskuję przytomność, pierwsze, co dociera do moich uszu to przeraźliwa cisza i ogromny pisk w uszach. Krzywię się na ból, który przetacza się przez moją głowę, schodzi w dół i kończy się na nogach. Próbuję się poruszyć, ale nie jest to możliwe, bo jestem zbyt słaba, a moje ciało nie ma zamiaru ze mną współpracować. Jest ociężałe, obolałe, wiotkie. W dodatku czuję, jak mocno moje plecy przylegają do chropowatej ściany, a przede mną leży ciało, ze szczelnie owiniętymi wokół mnie ramionami. Kiedy udaje mi się unieść głowę, widzę twarz Mauricio. Bladą, zakrwawioną, pozbawioną życia. Łzy lecą po moich policzkach, serce zaciska pięść strachu i tracę nadzieję na ratunek. Umrzemy tutaj oboje, to pewne.
- Pomocy - przez pisk w uszach dociera do mnie jęk. Bolesny, niemal agonalny jęk, który mrozi krew w moich żyłach. Dopiero teraz, kiedy pierwszy szok mija, a cisza ustępuje, dochodzą do mnie odgłosy innych ludzi. Cierpią, błagają o pomoc, płaczą. Z ledwością mrugam powiekami, czując pod powiekami piach, który drażni i powoduje kolejną dawkę bólu - Boże, niech nam ktoś pomoże! - kobieta szlocha, zanosząc się i próbując czołgać. Chciałabym jej pomóc, ale nie jestem w stanie ruszyć palcem. Wokół jest mnóstwo gruzu, książek i krwi. Boże, mnóstwo krwi. Jest nią pokryta praktycznie cała podłoga, a jej rdzawy zapach wywołuje odruch wymiotny - Ratujcie nas! Proszę! - owijam brzuch dłońmi i chwytam oddech, aby nie zwymiotować. Skupiam na tym całą uwagę, próbując przypomnieć sobie, co się wydarzyło. Przecież przed chwilą siedziałam przy stoliku, czytałam książkę, a po chwili nastąpił ogromny huk, niczym wystrzały z karabinu maszynowego i rozpętało się piekło. Ludzie krzyczeli, chowali się, osłaniali ciało. Potem nastąpił wybuch i straciłam przytomność. Kto to zrobił? Dlaczego? Było tutaj tyle niewinnych ludzi!


Ottavio POV:
Czekam, a każda sekunda przybliża mnie do wybuchu. Moja cierpliwość wisi na włosku, a każda osoba, którą wynoszą strażacy, nie jest, kurwa, moją żoną! Krzyczę z rozpaczy, popędzam ich i błagam, żeby ją odnaleźli, skoro zabraniają mi wejść do środka. Zapewniają jedynie, że zrobią, co w ich mocy, ale to dla mnie za mało. Próbuję pokonać własnych braci, którzy trzymają mnie z całych sił i wejść tam, osobiście przeszukując pomieszczenie po pomieszczeniu. Ona gdzieś tam jest, być może w ciężkim stanie i czeka, aby ją zabrać. W każdej chwili budynek może runąć, a ja mam stać i patrzeć?! Ona mnie potrzebuje!
- Kurwa, pozwólcie mi tam wejść! Puszczajcie! - wpadam w szał i wyrywam się, choć moje wysiłki idą na marne. Matteo zakłada mi jakąś dziwną blokadę z ramion i tym całkowicie mnie pokonuje. Poddaję się, rozluźniam i rozklejam jak małe dziecko. Po prostu wyję, wylewając z siebie strach i rozpacz - Pozwólcie.
- Oni wiedzą, co robią - Matteo mówi surowo, ściskając mnie mocniej - Znajdą ją, Ottavio. Przysięgam, że ją, kurwa, znajdą! Ale nie możesz tam wejść, ponieważ to kurewsko niebezpieczne. Daj im szansę, stary.
- Nie mogę czekać. Być może ona teraz umiera, rozumiesz?! - kiedy tylko zdaję sobie z tego sprawę, moje ciało dosłownie opuszczają siły. Opadam na kolana, Matteo razem ze mną i pozwalam, aby strach ponownie mnie przerósł. Nigdy nie byłem taką cipką, jednak w tym momencie obchodzi mnie to tyle, co nic.
- Mają kolejną osobę - Vito podchodzi do noszy, na której ktoś leży i przygląda się twarzy. Kiedy wraca, jego szczęka jest napięta, a kłykcie białe od zaciskania pięści - To nie Alessia. Myślę, że trzeba działać.
- Nareszcie - Domenico burczy pod nosem, zerkając na mnie - Masz na myśli naszych chłopców, tak?
- Oczywiście. Nie miałem z nimi kontaktu od ponad pięciu lat, ale wciąż wiszą mi za przysługę.
- Ściągnij ich tutaj, i to natychmiast. Nie ma czasu do stracenia i tak upłynęło go już zbyt wiele.  


Od ataku na bibliotekę mija właśnie trzecia godzina, a po mojej Alessi nie ma śladu. Strażacy pracują na najwyższych obrotach, wciąż ich przybywa, a budynek na szczęście stoi. Nie mam zamiaru czekać na ich pomoc i pozwolić, żeby moja żona tam umarła. Dlatego Vito ściąga ludzi, którzy wiele razy uczestniczyli
w tego typu akcjach. Nie są strażakami, ale są odpowiednio przeszkoleni, żeby tam wejść i wiedzieć, co robić. Na szczęście są w środku, szukają mojej żony, przy okazji ratując inne osoby. Jest ich cała masa, przeważnie bardzo młode osoby, ledwie wchodzące w dorosłe życie. Nie mam pojęcia, kto stoi za tym atakiem, ale jedno jest pewne; dowiem się, a ten ktoś przypłaci ten czyn własnym życiem. 
- Ottavio - Matteo podchodzi do mnie z telefonem w ręku. Kiedy na mnie patrzy, w jego oczach dostrzegam mord, nic poza tym. Widywałem to spojrzenie wiele razy, a potem robił okrutne rzeczy, zmieniając się w mordercę - Dostałem to parę minut temu - wręcza mi komórkę, wciska play, a na ekranie pojawia się filmik. Jestem zszokowany, kiedy wpatruję się w twarz Conte - Widocznie nagrał to tuż przed śmiercią. 
- Skurwiel - syczę przez zęby, odrobinę podgłaśniam i słucham - "Witaj, Ottavio. Jeśli słuchasz tej wiadomości, to znaczy, że nie ma mnie już na tym świecie. Mówiłem ci, że zabicie mnie to ogromny błąd, który pociągnie za sobą lawinę. Uprzedzałem cię, ostrzegałem, ale ty nie posłuchałeś, bo jesteś upartym sukinsynem. Przykro mi, że do tego doszło, jednak musiałem cię ukarać. To nic osobistego, serio - puszcza mi oczko, upija łyczek drinka i wzdycha ciężko - Naprawdę polubiłem twoją żonę, może nawet się w niej zakochałem? - wzrusza ramionami, na moment zamykając oczy. Pokochał ją? Czy on sobie kpi?! - Gdyby nie była w ciąży, nie oddałbym ci jej tak chętnie, Mancuso. Planowałem zatrzymać ją dla siebie, pozbyć się dzieciaka i zrobić jej własne. Nie mam pojęcia, co skłoniło mnie to tego, żeby porzucić ten plan. Może jej smutny wyraz twarzy albo łzy? Byłem dla niej dupkiem, ale w pewnym stopniu zależało mi na tej uroczej, pięknej dziewczynie. Dlatego zrobiłem to, co zrobiłem - krew odpływa mi z twarzy, a złe przeczucia zaciskają serce. Nie, to niemożliwe! - Skoro nie żyję, nie wiem, jak potoczył się mój plan. Czy moi ludzie wykonali go prawidłowo, czy jednak wszystko spieprzyli. Wiedz, że atak na twoją żonę to moja sprawka - kurwa, nie! Błagam, nie! - Miałeś mnie wypuścić, prosiłem cię o to, a ty zlekceważyłeś mnie, jak wiele razy wcześniej. Za twoje błędy zapłaciła Alessia, Ottavio. Twoja niesamowita żona, której nie ochroniłeś. 
Rzucam telefonem o ścianę pobliskiego budynku, wsuwam palce we włosy i krzyczę, jakby krzyk miał oczyścić moje ciało z poczucia winy. Boże, to wszystko moja wina! To przeze mnie Alessia jest w tej przeklętej bibliotece. To przeze mnie jest ranna albo być może nie żyje. To ja sprowadziłem na nią cierpienie. Mimo tego, że Salvatore Conte nie żyje, nawet po śmierci zrobił coś strasznego. 

Kiedy siedzę przed budynkiem i wlepiam w niego wzrok, na horyzoncie pojawia się John razem z Robem. Ten pierwszy niesie w swoich ramionach ciało, a jasne włosy pomieszane z czerwoną barwą krwi, zwisają przez jego ramię. Zrywam się jak poparzony, dopadam do niego i dotykam jej twarzy. Patrzę jak zahipnotyzowany nie dowierzając, że to naprawdę ona. Ponad trzy, najgorsze godziny w moim życiu.
- Musi natychmiast trafić do szpitala, Ottavio. Jest w kiepskim stanie, straciła również bardzo dużo krwi.

- Daj mi ją - odbieram jej szczupłe ciało, przytulam do siebie i idę do samochodu. Za kółko wsiada Domencico, obok niego Vito, a ja usadawiam się na tyłach, razem z Alessią, której nie wypuszczam z ramion. Domenico rusza z piskiem opon, a ja oglądam ciało mojej żony. Jest cała we krwi, siniakach i brudna. Jej jasne włosy pokryte są piaskiem i krwią, ale w tym momencie nie chcę zastanawiać się nad jej obrażeniami - Jesteś bezpieczna, kochanie, już nic ci nie grozi. Jestem tutaj i nie pozwolę, żebyś mnie zostawiała. Rozumiesz? - mówię ostrzej niż zamierzałem, opierając czoło o jej - Musisz żyć, Alessia. Nie możesz odejść, błagam cię - ponownie tego dnia rozklejam się, a słone łzy spadają na jej blade policzki. 

Przechodzę korytarz tam i z powrotem milion razy, kiedy lekarze badają moją żonę. Zniknęli ponad godzinę temu i żaden z nich nie wystawił nosa. Nie miałem zielonego pojęcia, jaki jest jej stan, jak się czuje, czy wszystko jest w porządku, czy w ogóle przeżyje. Nikt nie raczył rzucić mi nawet strzępka informacji, aby mnie uspokoić. Niepewność niemal wyżerała mi bebechy, strach trawił serce które biło jak szalone. Ostatnim razem, kiedy byłem dokładnie w tym samym szpitalu, to Arina walczyła o życie, kiedy jej fałszywy ojciec zafundował jej koszmarne tortury. Nigdy w życiu nie sądziłem, że znajdę się na miejscu brata, drżąc o życie własnej żony. Czy nasza rodzina była przeklęta, skoro znowu spotykało nas takie nieszczęście? Dlaczego zamiast mnie ucierpiała właśnie ona? To ja powinienem być na jej miejscu. 

Po kolejnej godzinie zjeżdża się cała rodzina. Rodzice, Arina, Gabrielle i moi ludzie. Na korytarzu robi się małe zamieszanie, wszyscy ściskają mnie, uspokajają i zapewniają, że na pewno wszystko będzie dobrze. Nawet matka, która potraktowała Alessię tak paskudnie, wydaje się być zmartwiona. Tylko że ja nie potrzebuję ani zapewnień ani litości, potrzebuję swojej żony! Ona musi to przeżyć, nie może mnie zostawić samego. Cholera, nie zdążyłem się nią nacieszyć, tak wiele jeszcze przed nami. Nawet nie powiedziałem jej, że ją kocham! Muszę to zrobić, muszę jej wyznać, jak wspaniałą jest kobietą, jak bardzo spieprzyłem i jak bardzo chcę to naprawić. Tyle przeze mnie zniosła, nigdy się nie poddała i dumnie stała u mego boku, chociaż zachowywałem się jak rozpieszczony gówniarz. Jak na zawołanie mój mózg podsuwa mi te chwile, które wolałbym zapomnieć. Nasze starania o dziecko, moje pretensje, bolesne słowa padające z moich ust. Pewnego wieczoru powiedziałem jej prosto w oczy, że jest beznadziejna, skoro wciąż próbujemy, a ona nie może dać mi dziecka. Widziałem ból na jej twarzy, widziałem łzy i rozpacz, kiedy opuszczałem pokój, a mimo to nie przeprosiłem jej za to, jak bardzo ją zraniłem. Jakim wtedy byłem człowiekiem? Czy tak wychowała mnie matka? Może i wywierali na nas ogromną presję, która wszystko zniszczyła, jednak nic nie upoważniało mnie do wypowiedzenia tak raniących słów. A ona to zniosła. Pokazała mi, jaka jest dzielna, silna i niesamowita. To dzięki niej udało nam się przetrwać, wyszliśmy na prostą, dostałem upragnione przebaczenie oraz dziecko, którego tak bardzo pragnąłem.
- Ottavio - mój spokój i myśli przerywa cichy głosik Ariny. Odruchowo spoglądam na jej okrągły brzuszek, a moje serce zaciska pięść strachu. Jak się miewa mój okruszek? Czy wszystko z nim w porządku? - Alessia to silna kobieta, wiesz o tym, prawda? - chwyta moją dłoń w swoje, ściska je i patrzy mi w oczy. Jedyne na co mnie stać, to przytaknięcie głową - Poradzi sobie, ponieważ wie, że tutaj na nią czekamy. Ona cię kocha, za nic w świecie cię nie opuści. Dlatego bądź dzielny i silny właśnie dla niej, kiedy się obudzi - nic więcej nie mówi, przytula mnie do siebie, głaszcze po plecach i pociesza. Nikt tak jak ona nie wie, co znaczy przejść przez mękę. Ma zaledwie dziewiętnaście lat, ale jej siła zasługuje na pieprzony medal. 


Po trzech godzinach na horyzoncie pojawia się lekarz. Wszyscy zrywają się na równe nogi, wpatrują w niego w oczekiwaniu, jednak lekarz prosi tylko mnie, aby porozmawiać w spokoju. Oddalamy się od
mojej rodziny, która czeka na informacje i stajemy przed podwójnymi drzwiami prowadzącymi na oddział intensywnej terapii. Nienawidzę szpitali. Kojarzą mi się jedynie ze śmiercią, chorobami i bezsilnością.
- Opowiem panu o obrażeniach pańskiej żony - zsuwa okulary z nosa i wzdycha - Przeprowadziliśmy operację, ponieważ pani Alessia doznała pęknięcia śledziony. Wystąpił krwotok, straciła sporo krwi, ale sytuacja została ustabilizowana. Czas odegrał tutaj kluczową rolę. Gdyby przywieziono ją godzinę, maksymalnie dwie później, nie bylibyśmy w stanie jej uratować - kiedy to mówi, opieram plecy o ścianę i przecieram twarz rękami. Jeszcze chwila, a całkowicie się rozłożę - Pierwsze chwile były bardzo trudne, tamowaliśmy krwawienie i operowaliśmy jednocześnie, a to bywa uciążliwe. Na szczęście udało się uratować śledzionę i jeśli stan pani Alessi nie ulegnie pogorszeniu, powinna całkowicie dojść do zdrowia. Miała sporo szczęścia - lekarz uśmiecha się i chociaż to głupie, ten uśmiech podnosi mnie na duchu. Kto jak kto, ale on wie, co mówi, w końcu uratował moją żonę - Może ją pan na chwilę zobaczyć - biorę się w garść, podążam za lekarzem i wchodzę na oddział. Powinienem najpierw powiadomić resztę, ale to ona jest najważniejsza - To ochronny fartuch dla pana - wręcza mi dziwne, zielone cholerstwo i popycha drzwi. Kiedy zakładam go na siebie, w moje oczy rzuca się łóżko i moja Alessia. Taka blada, zmarnowana, poobijana. Na jej widok mam ochotę rzewnie się rozpłakać - Musiało spaść na nią coś ciężkiego, stąd siniaki i obtarcia. Proszę się tym nie martwić, wszystko z czasem się zagoi. Najważniejszy jest jej stan i kilka kolejnych godzin. Trochę pośpi, pan również powinien odpocząć, aby być przy niej, kiedy się obudzi. 

- Dziękuję za wszystko, panie doktorze - ściskam jego dłoń, poklepuje ją i wysilam się na lekki uśmiech.
- Nie ma za co, panie Mancuso. Zrobiliśmy co w naszej mocny, aby pani Alessia przeżyła. Udało nam się, ponieważ to silna kobieta, która nie poddała się bez walki. Powinniśmy porozmawiać o dziecku, panie Ottavio - i to jest to. Temat, który zaciska mój brzuch niczym imadło. Boję się tego, co powie.


Kolejne dwa dni to nieustanne oczekiwanie. Alessia budzi się na kilka minut, mamrocze pod nosem i ponownie zapada w sen. Lekarz twierdzi, że to normalne i nie ma powodu do obaw. Ciało wciąż się regeneruje, leki działają, jednak Alessia jest jeszcze słaba, dlatego nie jest przytomna zbyt długo. W tych krótkich chwilach, kiedy otwiera oczy i całkowicie zdezorientowana rozgląda się dookoła, są dla mnie jak łyk wódki dla alkoholika. Chłonę te porcje całym sobą, upajając się widokiem jej pięknych oczu. A potem ponownie mnie zostawia, zasypia, a ja trwam przy niej, mocno trzymając za rękę. Cierpliwie czekam, choć ta cierpliwość wisi na włosku. Martwię się o nią w każdej minucie, mimo zapewnień lekarza, że jej stan jest całkowicie stabilny. Znając siebie uspokoję się dopiero wtedy, kiedy obudzi się i ze mną porozmawia.

Wieczorem, kiedy siedzę w fotelu przy łóżku i wlepiam wzrok w telefon, do środka wchodzi Matteo,
Biago i Anselmo. Już po ich minach widzę, że coś się święci i z całą pewnością nie jest to nic dobrego.
Byli podłamani wieścią, że Mauricio nie przeżył. Ja również ubolewałem, choć czułem, że ochronił Alessię, poświęcając siebie. Gdybym mógł, podziękowałbym mu za to osobiście, niestety nie mogłem. Zamierzałem wyprawić mu piękny pogrzeb, aby w ten sposób odwdzięczyć się za wszystko, co dla mnie zrobił.
- Prześledziłem monitoring spod biblioteki. Ślęczałem nad tym od dwóch dni i znalazłem trop - Matteo wręcza mi plik kartek, a raczej zdjęć. Przyglądam im się uważnie, a na każdym rozpoznaję znajomą twarz.
- To niemożliwe - prycham z kpiną, zrywam się na równe nogi i patrzę na każdego z nich po kolei - Chcecie mi powiedzieć, że za atakiem na bibliotekę, tym samym życie mojej żony, stoi nasz człowiek? Niemożliwe.
- Oczywiście, że możliwe. Gianni pracuje dla ciebie od dwóch lat, Ottavio. Pamiętasz, co nam powiedział? Że podchodzi z biednej rodziny i chce odmienić swoje życie. Naprawdę świetnie się spisywał, ale to wszystko było przykrywką - wręcza mi kolejną kartkę z informacjami i kilka zdjęć. Zajmuje mi chwilę, zanim dociera do mojej głowy, na co właśnie patrzę - Zaufaliśmy mu, a smarkacz sobie z nami pogrywał.
- Gianni to bratanek Conte? - pytam z niedowierzaniem, a Matteo przytakuje głową - Pracował dla mnie, przez cały czas donosząc temu śmieciowi. To dlatego był na bieżąco, wiedział o wielu rzeczach. Kurwa.
- Tak, to samo pomyślałem. Conte musiał mu to zlecić przed śmiercią. Wydaje mi się, że czuł, ze nadchodzisz, Ottavio. Wiedział, że dorwiesz go i przyjdzie mu zapłacić za kradzież oraz dotknięcie Alessi.
- Wszystko idealnie sobie zaplanował, podsyłając swojego dzieciaka pod moje skrzydła. Miał wtyczkę, wiedział, co robię, ponieważ Gianni mu o wszystkim mówił. Macie go znaleźć i to natychmiast.
- Cały czas nad tym pracujemy, Ottavio. Nie martw się, dorwiemy tego gnojka, jak i jego wspólników.
- Ottavio - naszą rozmowę przerywa cichutki niczym szept głos Alessi. Oddaję Matteo kartki, podchodzę do łóżka i przysiadam na skraju. Moja żona wpatruje się we mnie bardziej świadomie niż przez ostatnie dwa dni, napawając mnie nadzieją, że zostanie ze mną na dłużej. Już mam dość oczekiwania - Jesteś tutaj.
- Oczywiście, że jestem, kochanie. Nie opuściłem cię nawet na chwilę - uśmiecham się, przykładam dłoń do jej policzka i pocieram kciukiem. Oddycha głęboko, układa dłoń na mojej i wtula się w nią mocniej.
- Pamiętam serię strzałów, a potem ogromny huk i wybuch. Coś mnie przygniotło, a potem zasnęłam.
- Nie myśl o tym, proszę. Jesteś cała, chociaż straciłaś dużo krwi i lekarze musieli przeprowadzić operację pękniętej śledziony - marszczy brwi, niepewnie zerkając na stojących obok chłopaków - Najgorsze masz już za sobą, maleńka. Dojdziesz do siebie, rana się zagoi i za kilka dni zabiorę cię do domu. Będzie dobrze.
- Co z naszym dzieckiem? - kiedy o to pyta, muszę zacisnąć usta, aby nie zacząć krzyczeć. Boże, jak mam jej powiedzieć? - Ottavio, co z naszym dzieckiem? - pyta płaczliwie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Schylam głowę, gapię się na nasze złączone dłonie, a z moich oczu ciekną łzy. Nic nie muszę mówić, ona już wie - Nie, proszę, nie - mówi cicho, unosi palcem moją głowę i patrzy w oczy. W jej własnych widzę odbicie swojego cierpienia - Nie, Ottavio, nie straciliśmy go. Prawda? - uśmiecha się, odsuwa kołdrę i przykłada dłoń do brzucha. Nie zdążył nawet urosnąć - Powiedz, że ono tam jest. Ma się dobrze, że je ochroniłam! Tak kurczowo osłaniałam brzuszek dłońmi, musiało mi się udać. Walczyłam tylko o nie.
- Przykro mi, kochanie - szepczę ledwo słyszalnie, pociągając nosem. Straciliśmy je. Wszystko przepadło.
- Nie, nie, nie - powtarza bez końca, jej oddech szaleje, a wzrok podąża ode mnie, do Matteo, Biago i Anselmo - On kłamie, prawda? - pyta z nadzieją, ale oni zwieszają głowy na potwierdzenie moich słów. Boże, widok jej załamania to straszny cios w moje serce - Nie!! Nie, błagam cię Boże, nie!! - krzyczy niemiłosiernie, próbuje wstać i wyrywa wenflon z dłoni. Szaleje niczym zranione, uwięzione zwierzę, wyszarpując się z moich ramion. Jej krzyk rozpaczy ryje w mojej głowie ślad, o którym już nigdy nie będę w stanie zapomnieć. Będzie nawiedzał mnie w najgorszych snach, katując bez końca - Nie, nie, nie!! - szlocha żałośnie, wylewając całą rozpacz. Prawie wypada z łóżka lecz Biago chwyta ją w ostatniej chwili. Szamocze się w jego ramionach, cała zapłakana, zszokowana, zraniona. Próbuję ją uspokoić, przytulić, ale walczy niczym obłąkana, wymachując rękami - To było moje dziecko!! Nie mogłam go stracić, nie mogłam!!
- Co się tutaj dzieje?! - do środka wpada lekarz, który na widok szalejącej Alessi woła pielęgniarkę. Zjawia się sekundę później, każe przytrzymać mi ją mocniej i wbija igłę prosto w ramię Alessi - Zaraz się uspokoi.
- Jestem tutaj, kochanie. Poradzimy sobie, obiecuję - przytulam ją do swojego ciała, obejmuję w talii, a dłonią odgarniam mokre od łez włosy. Patrzy na mnie całkowicie pokonana, a po chwili zapada w sen. 









sobota, 1 czerwca 2019

Rozdział siedemnasty

Ottavio POV:
Nie miałem pojęcia, o czym bredził Conte ani co takiego znowu wymyślił. Mogłem jedynie domyślać się,
że planował kolejny skok na moje magazyny, w których przechowywałem ogromną ilość towaru wartego grube miliony. Conte znał ich położenie i chociaż wzmocniłem zabezpieczenia i ochronę, garstka jego ludzi z całą pewnością będzie próbować wtargnąć do środka. Niestety on już tego nie doczeka, ponieważ dzisiejszego wieczoru planowałem zakończyć jego żywot. I tak ledwo ciągnął, jego ciało było w opłakanym stanie i niewiele już zniesie. Swoją drogą muszę przyznać, że całkiem twardy z niego skurczybyk. Chłopcy bawili się naprawdę nie ładnie i chociaż Conte krzyczał wiele razy, nie złamał się i wciąż uśmiechał, jakby pokazywał, że moje tortury to jedynie łaskotki. Cóż, przekonamy się dzisiaj. Domenico zaskoczył mnie, kiedy wspomniał o czymś, co usłyszał od kumpla, a czego ja nigdy nie wypróbowałem. Przeważnie tortury oznaczały ból, jednak bywały i te słodkie, rozkoszne, doprowadzające do kurwicy. I tak oto mój kochany brat planował nafaszerować Conte środkami przeciwbólowymi i sprowadzić... kobietę. Nie planowałem dawać temu skurwielowi przyjemności, ale patrzenie na to, jak panienka mu obciąga i zostawia przy granicy, może być całkiem zabawne. Szczególne, że będzie to robić wciąż od nowa, nie pozwalając mu dojść. Potrzebowaliśmy odpowiedniej osoby, która doskonale zna męskie ciało i wie, kiedy przestać.
Taką osobą była Gina, panienka z nocnego klubu, która przyjmowała u siebie tylko zamożnych, dobrze wychowanych panów. Nie mam pojęcia, i wcale nie chcę mieć, skąd Domenico posiadał takie informacje, ale załatwił wszystko dosłownie w pięć minut. Wiedziałem, że mój brat chwyta życie garściami, nie odmawiając sobie przyjemności, ale nie sądziłem, że ma takie znajomości. Klub "Dymanic" prowadził jego dobry ziomek o imieniu Carlo, mając w swoim zespole kobiety z klasą. Może i dawały dupy, ale robiły to z gracją. Dlatego klub cieszył się ogromnym powodzeniem i potrzeba było wejściówki, aby przekroczyć jego próg. O ów wejściówkę było trudno, a jeśli ktoś już ją dostawał, musiał wybulić gruby szmal, aby się zabawić. Mój brat był tam stałym bywalcem, z wejściówką VIP. Sukinsyn się ustawił.


Wchodzę do kuchni, w której Alessia właśnie przygotowuje swoje popisowe danie, przytulam się do niej od tyłu i całuję w kark. Mruczy pod nosem, wciska tyłek w moje krocze i porusza, budząc demona do życia.
- Nie igraj ze mną albo zaciągnę cię do łóżka i nici z obiadu. Wiesz, jak bardzo uwielbiam twój tyłek.
- Korzystaj, póki możesz. Niedługo będę gruba, niezgrabna i będziemy bzykać się tylko w jednej pozycji.
- W jednej? Oszalałaś?! Możliwości jest naprawdę bardzo dużo; na łyżeczkę, na pieska, mogę przelecieć cię od tyłu przy ścianie, na jeźdźca. Jak widzisz, twój mąż jest przygotowany na wszystko, moja piękna.
- O, Boże. Jesteś okropny! - zawstydza się, chowając twarz w dłoniach, a ja wybucham śmiechem.
- Jak to? Ja tylko staram się przedstawić pozycje, z których możemy skorzystać, kiedy urośnie brzuszek.
- Ależ ty jesteś troskliwy - odwraca się, zarzuca dłonie na moją szyję i muska szczękę - Po obiedzie umówiłam się z koleżankami w kawiarni. Dawno się nie widziałyśmy, chciałam spędzić z nimi trochę czasu.
- W porządku, ale masz zabrać ze sobą Mauricio, dobrze? Mówię poważnie, nie ruszaj się bez niego.
- Spoko, nie mam nic przeciwko. Zachowuje bezpieczną odległość, dając mi więcej prywatności.
- Może nawet stać przed kawiarnią, żebyś czuła się swobodniej, ale musi być w pobliżu. Zrozumiano?
- Dobra, dobra, już przestań tak rządzić - przewraca oczami i opiera czoło o moje - Co z Salvatore?
- Nie martw się o niego, dzisiaj wszystko zakończę. Pozbędę się go raz na zawsze, tak jak planowałem.
- Naprawdę nie jesteś zły za to, co wydarzyło się w jego domu? Za to, że mnie dotknął? Że posunął się...
- Przestań - karcę ją i natychmiast się zamyka - To nie była twoja wina, Alessio. Conte cholernie się rozpędził, ale to nie ty zawiniłaś. Dotknął cię wbrew twojej woli i za to przyjdzie mu umrzeć.
- Kocham cię, Ottavio - kiedy wypowiada te dwa słowa, odchylam się gwałtownie, jakby dała mi w twarz. Mój wyraz twarzy musi być bezcenny, ale kurewsko zaskoczyła mnie tym wyznaniem. Byłem niemal pewny, że mnie nienawidzi, że przekreśliłem wszystko swoim zachowaniem, a ona mówi, że mnie kocha? - Kochałam cię już wtedy, kiedy byliśmy narzeczeństwem - uśmiecha się lekko na to wspomnienie i sunie opuszką palca po moim zaroście. Uwielbiam kolor jej oczu, które tak ufnie się we mnie wpatrują - Wtedy czułam się jak w bajce, szczęśliwa i całkowicie spokojna o nasze małżeństwo. Niestety wszystko się spieprzyło, a ja zamknęłam to uczucie gdzieś głęboko w sobie, zastępując je obojętnością. Teraz wróciło ze zdwojoną mocną i nie chcę go utracić. Obiecaj, że już nic się między nami nie zepsuje. Proszę.
- Obiecuję - zapewniam i całuję ją w czoło. Pragnę wykrzyczeć, że kocham ją równie mocno, ale przez moje gardło nie przechodzą żadne słowa. Jestem idiotą, tchórzem, za co nienawidzę samego siebie.


Kiedy Alessia wychodzi na spotkanie z koleżankami, ja odwiedzam mojego dawnego przyjaciela w piwnicy. Domenico zdążył sprowadzić Ginę, która stoi przed nim i uważnie mu się przygląda, jakby takiego okazu jeszcze nie widziała. Conte wygląda lepiej, co dziwi chyba jego samego. Został umyty, przygotowany i nafaszerowany prochami, żeby nie bolały go rany powstałe podczas masakry urządzonej przez Matteo. Nigdy nie byłem fanem podglądania intymnych scen, jednak to może być ciekawe widowisko.
- Hej - Gina wita się ze mną, ściskając dłoń - Muszę przyznać, że jestem zaskoczona widokiem mojego dawnego klienta - och, cóż za niespodzianka! - Conte odwiedził mnie ostatnio dwa miesiące temu.
- Naprawdę? Wychodzi na to, że jednak nie kocha swojej żony zbyt mocno - prycham z kpiną, a Conte przewraca oczami. Nadal jest przywiązany, ale nagi i czyściutki - Wiesz, co masz robić, kochaniutka.
- Oczywiście, że wiem. Jestem w tym najlepsza - puszcza mi oczko, podchodzi co Conte, a ja siadam w fotelu. Schodzą się moi ludzie, na których Conte wybałusza oczy, a Gina opada na kolana. Szybko zabiera się do pracy, stawiając jego kutasa na baczność i pieszcząc z wprawą. Jej głowa porusza się raz wolno, raz szybciej, ale w stałym tempie, który raz dwa doprowadza go do granicy. Wtedy Gina odsuwa się, oblizuje usta i podnosi, wpijając się w jego usta. Conte jest zaskoczony, z wahaniem odwzajemnia pocałunek i szarpie rękami - Tak, też żałuje, że nie możesz mnie dotknąć, kochanie - Gina mówi zalotnie, ponownie opada na kolana i zaczyna zabawę od nowa. Naprawdę jest dobra, widocznie lata praktyki uczyniły ją mistrzynią i doskonale poznała męskie ciało, każdy wrażliwy punkt. Wystarczą jej zaledwie sekundy, aby Conte sapał ciężko, zaciskał usta i wypychał biodra w jej stronę, kiedy odsuwa się od niego i zostawia niezaspokojonego. Cholera, będę musiał wprowadzić ten rodzaj tortur na stałe - Pragniesz mnie?
- Kurwa, po prostu to zrób, Gina i nie drażnij się ze mną. Zaplanowałaś to sobie? Chcesz mnie męczyć?
- Właściwie to był pomysł mojego brata - uśmiecham się, podpierając brodę na dłoni i uśmiechając się szeroko - To coś nowego, czego osobiście nie znałem. Muszę przyznać, że bardzo mi się to podoba.
- Ty sukinsynu! Masz zamiar katować mnie w ten sposób?! Dlaczego mnie do kurwy nędzy nie zabijesz?
- Bo tak byłoby najprościej, przyjacielu. Jedna kulka załatwiłaby sprawę, odszedłbyś z tego świata, a ja odetchnąłbym z ulgą. Cóż, znasz mnie i wiesz, że uwielbiam się bawić. Moje ofiary nigdy nie umierają szybko i bezboleśnie, a kiedy wyjątkowo zajdą mi za skórę, przed śmiercią odrobinkę pocierpią.
- Jesteś popieprzony, Mancuso! Kartujesz mnie od trzech dni, a teraz ona robi to w ten chory sposób?
- Och, nie narzekaj! Sam przyznaj, jak bardzo jest to przyjemna tortura, Conte. Korzystaj, stary!
- Zapierdolę cię! Masz to jak w ban... och! - zaciska powieki, kiedy Gina funduje mu kolejną rundkę.
Znęca się nad jego kutasem jak rasowa suka, która została do tego stworzona. Posuwa go ustami, dłonią, ssie, liże, przygryza, a Conte ledwo stoi na nogach. Gdyby nie był przywiązany do belki w suficie, pewnie runąłby jak długi - Już prawie, kochanie, jeszcze sekundka - i wtedy Gina przestaje. Podnosi się, seksownie oblizuje usta i przygryza opuszek kciuka. Conte jest cały czerwony, jego oddech szaleje, a oczy wypalają we mnie dziurę - Rozkaż jej dokończyć, Mancuso! - grozi mi, jakby to on był na zwycięskiej pozycji.
- Gina dostała jasne instrukcje i doskonale wie, co ma robić. Przygotuj się na ostrą jazdą, mój drogi, ponieważ będzie to robić do chwili, w której nareszcie pociągnę za spust. Więc ciesz się chwilą.


Dochodzi dwudziesta, a Gina nadal świetnie się bawi. Od kilku godzin z przerwami męczy Conte, który jest na skraju wyczerpania. Nie sądziłem, że ta zabawa okaże się strzałem w dziesiątkę. Mam wrażenie, że niezaspokojenie boli go bardziej, niż kiedy Matteo fundował jego ciału dawkę prądu. W pewnym momencie łamie się i błaga Ginę o orgazm, którego nie może mu dać, ponieważ tak postanowiłem. Zemsta jest słodka. Patrzenie na jego niedolę sprawia mi kurewską satysfakcję. 


Alessia POV:
Świetnie się bawię w towarzystwie koleżanek. Nawet Gemma wygląda na rozluźnioną, uśmiecha się i uczestniczy w rozmowach. Bałam się, że jeszcze nie doszła do siebie po rozstaniu z Nino. Widocznie się myliłam, co bardzo mnie cieszy. Ten dupek nie zasługuje na kogoś takiego, jak ona. Mały gnojek.
- Nie patrz tak na mnie, Alessia - Em przewraca oczami i myje dłonie, kiedy ja pudruję nosek. To jedyna chwila, w której jesteśmy same - Nie przeszło mi całkowicie, ale nie zamknę się w domu i nie będę rozpaczać. Poza tym Nino u mnie był - gwałtownie przekręcam głowę, niemal skręcając sobie kark, a moja szczęka wypada z zawiasów - Wręczył mi ogromny bukiet czerwonych róż i przeprosił za to, że zachował się jak skurwiel. Co jak co, ale takiego gestu to się po nim nie spodziewałam. Bardzo mnie zaskoczył.
- Nie będę ukrywać, mnie również. Wręczanie kwiatków absolutnie nie jest w jego stylu. Wybaczyłaś mu?
- Sama nie wiem. Wyglądał na skruszonego, jakby naprawdę było mu przykro. Powiedział, że jego zagranie było słabe i dziecinne, jakby próbował coś sobie udowodnić. Dodał też, że zaczęło mu na mnie zależeć, ale nie chciał tego do siebie dopuścić. On chyba boi się uczucia, tak mi się wydaje i próbował mnie zranić.
- Wydawało mi się, że Nino niczego się nie boi, jednak każdy z nas ma jakieś słabości. Co teraz zrobisz?
- Nie mam pojęcia. Nino poprosił mnie o drugą szansę, żeby mógł naprawić to, co spieprzył. Tylko problem polega na tym, że nie jestem pewna, czy mogę mu zaufać. Może za tydzień ponownie zrobi to samo?

- Nie zdziwiłabym się, gdyby to zrobił. On i jego przyjaciele to bardzo rozrywkowi ludzie. Przyjaźnią się z Ottavio, Vito i Domenico od lat, są ze sobą zżyci i traktują się jak bracia. Przewijali się przez okres mojego narzeczeństwa i małżeństwa, dzięki czemu dobrze ich poznałam. To niezłe ziółka, Em. Mówię poważnie.
- Wierzę ci, Ali - uśmiecha się, chwyta moją dłoń i ściska - Nie posłuchałam cię, kiedy mnie ostrzegałaś.
- Poniekąd cię rozumiem. Byłaś zakochana, a ja próbowałam przekonać cię, że Nino to zły chłopak.
- Tak zrobiłaby właśnie przyjaciółka, a druga jej posłuchała. Miałam różowe okulary na nosie. Nino mnie zauroczył, ponieważ nigdy w życiu żaden mężczyzna o mnie nie zabiegał ani się tak nie starał. Polubiłam
go za świetne poczucie humoru, za jego uśmiech i za to, że był dla mnie dobry. A on mnie zranił.
- Jeśli ci na nim nadal zależy, nie obejdzie się bez szczerej rozmowy. Powiedz mu, czego od niego oczekujesz, jakie masz warunki i przekonaj się, co on na to. Jeśli chce drugiej szansy, musi się dostosować.


Wracam do domu grubo po dwudziestej drugiej. Zasiedziałam się, ale ten czas uważam za cudownie spędzony. Tęskniłam za dziewczynami, a ostatnio widywałyśmy się jedynie na uczelni. Czasami dobrze się spotkać, poplotkować i cieszyć się takimi chwilami. Zdecydowanie powinnam poświęcać im więcej uwagi, bo babskie grono jest dobre na wszystko. Odciąga przygnębiające myśli i pozwala odpocząć głowie.
- Dziękuję, Mauricio. Jesteś wolny, dobranoc - uśmiecham się do swojego ochroniarza, który puszcza mi oczko i znika w korytarzu. Idę do naszej sypialni, zrzucam z siebie ciuchy i biorę szybki prysznic. Nigdzie nie widziałam Ottavio, więc zapewne znowu spędził większość dnia w piwnicy. Czy jeszcze nie zabił Conte? Dlaczego do cholery tak długo trzyma go przy życiu? Jaki w tym sens?

Może źle robię, ale kiedy tylko zakładam piżamę i otulam się ciaśniej satynowym szlafrokiem, schodzę na dół. Wszędzie panuje idealna cisza, jedynie odgłos moich klapek z kokardą odbija się od surowych ścian, burząc spokój. Byłam tutaj zaledwie kilka razy, kiedy zabrakło wina, a Ottavio miał ich cały zapas. Był właścicielem czterech winiarni, które cieszyły się ogromną popularnością, a klientów wciąż przybywało.
- Alessia? - Biago na mój widok nieco blednie i marszczy ciemne brwi - Nie powinno cię tutaj być.
- Wiem, ale jestem. Chcę zobaczyć się z moim mężem, a doskonale wiem, że jest za tymi drzwiami.
- Owszem, jednak nie mogę cię wpuścić. Powiem mu, że go szukasz, zapewne zaraz do ciebie przyjdzie.
- Otwórz drzwi, Biago. Oboje wiemy, że nie masz prawa mi odmówić - czuję się jak ostatnia świnia, wytaczając przeciwko niemu akurat ten argument. Nigdy nie wykorzystywałam swojej pozycji, jako żony Ottavio, jednak teraz nie mam wyboru. Biago zawsze był wobec mnie w porządku; uprzejmy, troskliwy, czuwający. Dlatego czuję, jakbym wbijała mu nóż w plecy - Proszę, nie utrudniaj mi tego. Otwórz drzwi i pozwól mi przez nie przejść - wzdycha ciężko, odsuwa się i otwiera drzwi. Kiedy tylko przekraczam jego próg, moja szczęka odbija się od betonowej podłogi. Przede mną pojawia się zwisające ciało Conte, które wygląda na sponiewierane, ale czyste. Przed nim klęczy kobieta, która robi mu laskę, a Salvatore korzysta z przyjemności. Wygląda na to, że kobieta sprawia mu ogromną przyjemność, ale nagle, ku mojemu zaskoczeniu, odsuwa się, uśmiecha i siada obok mojego męża. Salvatore dyszy ciężko, pot skapuje mu po skroni, a głowa opada w dół. Nie mam pojęcia, co się tutaj dzieje, ale na coś takiego na pewno nie byłam gotowa. Po jaką cholerę Ottavio robi coś takiego? - Dobry wieczór - na mój cichy głos wszystkie głowy gwałtownie się przekręcają, w tym głowa Domenico, który posyła mi szeroki uśmiech - Czy wyście już kompletnie powariowali? Nie skomentuję tego, co widzę, jednak to, że się temu przyglądacie... to chore!
- Alessio - Ottavio podnosi się, podchodzi do mnie i zaciska szczękę, aż niemal pęka pod naciskiem - Nie powinno cię tutaj być! Jeśli to Biago cię wpuścił, wiedz, że poniesie przez ciebie surowe konsekwencje!
- Tak, on mnie wpuścił, ponieważ mu rozkazałam - unosi brew zaskoczony, zapewne nie spodziewając się po mnie jakichkolwiek żądań - Dlaczego go po prostu nie zabijesz? Po co to robisz? On ma już dość.
- Nie będziemy o tym rozmawiać, kochanie. Wiem, co robię, nie wtrącaj się - mówi surowo, a jego mina jest zacięta i poważna. Patrzy na mnie z góry niczym pan i władca, przez co czuję się niemal mikroskopijna - Wróć do górę, połóż się do łóżka, a ja zaraz do ciebie dołączę. Nie sprzeciwiaj mi się, to nie jest odpo...
- Och, daruj sobie tę gadkę. Nie traktuj mnie tak, jak przez siedem miesięcy naszego małżeństwa.
- Wyjdź, natychmiast! - syczy przez zęby, chwyta mnie za ramię i wyprowadza z pokoju - Porozmawiamy za parę minut - po tych słowach odwraca się, wchodzi do środka i zatrzaskuje za sobą drzwi. Biago posyła mi współczujące spojrzenie, jakby doskonale rozumiał, że Ottavio grubo przesadził. 


W nocy budzi mnie ruch oraz zamieszanie. Uchylam lekko jedno oko, obserwując, jak Ottavio krząta się
po pokoju, rozbiera i wślizguje za mnie. Zachowuje bezpieczną odległość, chociaż i tak w moje nozdrza uderza zapach alkoholu. Na zegarku widnieje trzecia trzydzieści, dlatego nie zamierzam ujawniać, że nie śpię. Nie chcę z nim rozmawiać, nie mam mu nic do powiedzenia, a dzisiaj zachował się jak buc.
 

Rano czmycham, nim mój mąż się budzi. Raz dwa biorę ubrania, torebkę i przygotowuję się na dole, żeby go tylko nie obudzić. Na szczęście udaje mi się opuścić dom bez konfrontacji, na którą nie mam ani sił, ani ochoty. Mam zamiar spędzić pół dnia na uczelni, a potem pójdę do biblioteki, żeby nie wracać do domu. 



Ottavio POV:
Większość dnia spędzam w terenie. Odbieram nową dostawę, którą zabezpieczam w nowym magazynie,
w następnej kolejności odwiedzam swój klub, przeglądając rachunki i na końcu ląduję w winiarni. Robię wszystko, żeby zająć czymś myśli, żeby nie katować się tym, jak potraktowałem wczoraj Alessię. Wcale
nie chciałem zachować się jak dupek, ale naprawdę nie powinno jej tam być. Piwnica to nie miejsce dla niej, dodatkowo był w niej ktoś, kto dotykał jej ciała, nie mając do tego żadnego prawa. Widziałem, jak Conte na nią patrzył, jak niemal pożerał ją spojrzeniem. Podobała mu się, a ta myśl była dla mnie nie do zniesienia. Z ulgą pociągnąłem za spust, równo o północy pozbawiając Salvatore Conte życia. Błagał mnie
o szansę, przysięgał, że nigdy więcej nie stanie przeciwko mnie, ale ja nie dawałem drugich szans. Jeśli ktoś spierdolił raz, na pewno spierdoli i drugi. Kolejna szansa to oznaka słabości, pokazanie innym, że
błąd może zostać zapomniany, a do tego dopuścić nie mogłem. Moje nazwisko zobowiązywało i musiałem trzymać się zasad. Ojciec przez lata pracował na swój wizerunek, ja nie mogłem tego zaprzepaścić. Gdybym tylko podarował Conte życie, ta wieść rozeszłaby się jak świeże bułeczki, a wrogowie śmialiby się z mojej rodziny. Rządziliśmy mocną ręką, to nie mogło się zmienić inaczej marny nasz los. W tym świecie panował chaos i każdy dążył do celu po trupach. Ludzie wybijali się nawzajem, żeby tylko dojść do władzy, zarobić jak najwięcej pieniędzy. Litość nie wchodziła w grę, jeśli chciało się piąć wyżej. 


Niepokój uderza we mnie dopiero wtedy, kiedy na zegarku wybija dziewiętnasta. Alessi nie ma od samego rana, na szczęście napisała mi wiadomość, że jest w bibliotece razem z Mauricio, który nie spuszcza jej z oka. Ufałem mu i wiedziałem, że ochroni ją własnym ciałem, gdyby zaszła taka potrzeba. Czuwał nad nią nawet wtedy, kiedy Alessia była pewna, iż Mauricio nie ma w pobliżu. Czasami zachowywała się dziecinne, uciekając mu i robiąc w balona. To nie była gra, stawka była wysoka, jednak moja żona była uparta i chciała pokazać mi, że świetnie poradzi sobie sama. Prawda była taka, że miała zaledwie dziewiętnaście lat, a ja nie zamierzałem ryzykować. Mauricio był jej cieniem, a ja byłem spokojny, że jest bezpieczna. 

Kiedy wchodzę do domu i trzaskam drzwiami, na mojej drodze staje Matteo. Jego mina nie wróży dobrze.
- Są pewne nieścisłości w rachunkach - przeciera twarz rękami, wręczając mi kilkanaście wydrukowanych kartek - Towar schodzi jak świeże bułki, natomiast pieniędzy nie przybywa. Myślę, że ktoś robi nas w wała, Ottavio. Ten rewir świetnie sobie radzi, więc dlaczego, do jasnej chole... - urywa, kiedy rozlega się dzwonek jego telefonu. Odbiera bez wahania, słuchając uważnie i blednie natychmiast, uchylając usta - Jesteś pewny? - kręci głową, a jego oddech przyśpiesza. Z ręką na sercu przyznaję, że nigdy nie widziałem go w takim stanie. Matteo to kawał twardego skurczybyka, cóż takiego tak bardzo go zszokowało? - Tak, powiem mu - kończy połączenie, chwyta leżącego pilota ze stolika i włącza telewizor - A więc to prawda.
- O co chodzi? - patrzę w ekran, na którym mam wrażenie leci film akcji, w którym właśnie ktoś urządził sobie strzelnicę - Nic z tego nie rozumiem, Matteo. Z łaski swojej możesz wyjaśnić mi sytuację?
- To biblioteka, Ottavio. Miejsce, w którym była twoja żona - uchylam usta, a powietrze nagle ucieka z moich płuc. Robi się dziwnie cicho, nie słyszę już nawet spikerki, która opowiada o zdarzeniu, próbując ustać na nogach. Boże, budynek wygląda, jakby przeleciało po nim jebane tornado!





****
No i ba dum tss! Trochę cię ciepło zrobiło ;)
Btw, Domenico już na was czeka! :D







piątek, 31 maja 2019

Rozdział szesnasty

Alessia POV:
Wokół mnie zapada cisza. Ludzie mojego męża stoją jak sparaliżowani, kiedy wraz z Salvatore mierzymy się wzrokiem. Nie widziałam go jakiś czas, ale wtedy na pewno wyglądał o wiele lepiej niż teraz. Sponiewierali go, musiała wywiązać się bójka, inaczej wróg mojego męża nie wyglądałby tak koszmarnie.
- Jak zawsze piękna - Salvatore zaczyna cicho, oblizując usta i uważnie mi się przyglądając. Cieszę się, że założyłam zwykłe jeansy i czarną bluzeczkę z koronką, czyli nic specjalnego - Tęskniłaś za mną, słodziaku? Ja za tobą bardzo - uchylam usta, nerwowo przełykając ślinę. Powinnam się ruszyć, wyjść stąd i pozwolić  Matteo działać, mimo to moje nogi wrosły w podłogę - Nie spodziewałem się spotkania z tymi osiłkami - puszcza mi oczko, próbując się wyrwać, na co nie pozwalają mu Arrigo i Biago, mocniej ściskając jego ramiona. Czy oni założyli mu kajdanki?! - Gdyby mnie nie dorwali, teraz byłabyś u mnie w domu. Kto wie? Może znowu pode mną? - zamieram, a wstyd pali moje policzki. Matteo marszczy brwi zaskoczony, a ja mam ochotę zapaść się pod ziemię. Boże, czy on upadł na głowę? Dlaczego mówi to głośno?! - Wiem, że było ci dobrze, kochanie. Bardzo się starałem, żebyś nigdy o tym nie zapomniała. Pamiętasz mój język?
- Co tu się dzieje, do kurwy nędzy?! - podskakuję przestraszona, na ostry niczym brzytwa głos mojego męża. Staje u mego boku, chwyta za ramię i przyciąga do siebie - No proszę! Kogo mojego oczy widzą?
- Wpadł w naszą zasadzę jak dziecko, szefie. Walczył, ale mieliśmy przewagę, więc musiał się poddać.
- Nie poddałem się, idioto. Po prostu zobaczyłem, że nie mam szans i po dobroci z wami poszedłem.
- Nie wygląda na to, żeby tak było - Ottavio prycha z kpiną, lustrując jego strój - Do piwnicy z nim.
- Powiedziała ci już? - Conte kpi z mojego męża, obrzucając go zwycięskim uśmieszkiem, kiedy Arrigo wraz z Biago ciągną go w stronę drzwi prowadzących do piwnicy - Krzyczała, kiedy dochodziła na moim języku, Mancuso! - śmieje się parszywie, kiedy moje biedne serce ściska żal. Patrzę na niego z niedowierzaniem, próbując powstrzymać napływające do oczu łzy. Co takiego mu zrobiłam, skoro mści się właśnie na mnie? Nigdy go nawet nie obraziłam, nie okazałam brak szacunku, a on gnębi mnie w taki sposób? - Nie płacz, kochanie. Obiecuję, że niebawem to powtórzymy. Wreszcie zanurzę się w tobie głęboko. Będzie ci...
- Zamilcz, bo utnę ci język! Zabierzcie mi go z oczu! - Ottavio nie wytrzymuje, krzycząc na cały korytarz. Nie trzeba długo czekać, aż zlatuje się reszta, wpatrując się w plecy Salvatore Conte, który znika w ciemnościach korytarza - Nie bierz do siebie tego pierdolenia, Alessio. Zrobił to specjalnie, wiesz o tym?
- Wiem - połykam łzy, wysilam się na uśmiech i chwytam jego dłoń - Pójdę sprawdzić, czy pieczeń jest gotowa - ulatniam się, nim ktokolwiek mógłby mnie zatrzymać, wpadam do kuchni i wpatruję się w piekarnik, gdzie znajduje się mięso. Z całych sił próbuję opanować łzy i zwolnić bicie serca, jednak słowa Salvatore dźwięczą mi w głowie, nie chcąc zostawić w spokoju. Już dawno przestałam uważać go za porządnego człowieka, a to, że powiedział to wszystko przy ludziach mojego męża, napawa mnie odrazą. Matteo wie, co zrobił i chociaż nie powinno mnie to obchodzić, katuję się tym bez końca. Upokorzył mnie, zrobił to specjalnie, nie zważając na to, jak się z tym poczuję. Dla niego liczy się fakt, iż zrobił coś, czego nie powinien i czym pokazał mi swoją władzę - Niech cię szlag, Conte - opieram czoło o ścianę, a dłonie same zwijają się w pięści. Mam ochotę własnoręcznie ukręcić mu kark i patrzeć, jak ulatuje z niego życie.
- Kochanie - wzdrygam się, kiedy za moimi plecami pojawia się Ottavio. Układa dłonie na moich ramionach i ściska je - Nie waż się zadręczać, zrozumiałaś? Nie pozwalam, aby w twojej głowie przebywał Conte, a nie ja - pochyla się, a jego ciepły oddech odbija się od mojego karku. Biorę głęboki oddech, przełykam gulę w gardle i odwracam się, patrząc mu w oczy - Salvatore Conte umrze, Alessio. Jego godziny są policzone, ale przed tym zapłaci za to, co zrobił. Za to, że położył na tobie ręce. Obiecuję ci to - przytula mnie do siebie, wsuwa palce w moje włosy i odgania wstyd oraz strach. Nie pozwolę, ale Salvatore Conte wygrał, aby zadomowił się w mojej głowie i ciągnął w dół. Czyż nie na to właśnie liczył?


Ottavio POV:
Następnego dnia, kiedy Alessia odpoczywa, ja wreszcie pojawiam się w piwnicy. To miejsce nie jest przeznaczone na tego typu gości, jednak Matteo świetnie sobie poradził. Przerzucił grubą linę przez
belkę biegnącą pod sufitem i przywiązał tego skurwiela, który zwisa niczym szmaciana lalka, bez życia i całkowicie pokonany. Jego ciało pokrywa krew, a nadgarstki zdążyły paskudnie zsinieć. Zemsta była coraz bliżej, niemal czułem słodycz na końcu języka, jednak przed tym Conte jeszcze odrobinę pocierpi.
- Szefie - Matteo pojawia się obok mnie i kiwa głową na Conte - Wisi tak od wczoraj. Co z nim robimy?
- Trochę porachujemy mu kości, a potem do piachu z nim. Jeśli liczył na inny koniec, rozczaruje się.
- Och, naiwny - spluwa krwią, uśmiecha się szeroko i unosi głowę - Złapanie mnie to nie koniec kłopotów.
- Masz rację, ale to o jednego złodzieja mniej, Conte. Ukradłeś towar, który do ciebie nie należał, tym samym zdradzając moją rodzinę, za co umrzesz. No i nie zapominaj o tym, co zrobiłeś mojej żonie.
- Och, a co zrobiłem? Przecież było jej dobrze, wyluzuj - puszcza mi oczko, dotykając językiem pękniętego kąciku ust - Chcesz posłuchać? Chętnie opowiem ci o tym, jak pieściłem jej nagie ciało. Muszę przyznać, że Alessia to piękna kobieta. A jej cycki? Mmm, poezja - mruczy pod nosem i zamyka oczy, jakby je sobie wyobrażał. Ledwo nad sobą panuję, zwijam dłonie w pięści i mimo tego, iż pragnę jego śmierci, czekam - Nie martw się, nie miała ochoty na pieszczoty. Błagała mnie, żebym tego nie robił, ale jak sam wiesz, uparty ze mnie skurczybyk i nie mogłem się powstrzymać, skoro miałem ją pod ręką - wybucha śmiechem, a moja cierpliwość idzie się pieprzyć. Wbijam mu pięść pod żebro, poprawiam drugi raz i na deser walę w twarz. Pluje, kaszle, dyszy, ale wciąż się uśmiecha. Zajebię go! - Powiem ci coś, Mancuso - ponownie spluwa z krwią, a jego uśmieszek nagle znika, ustępując miejsca powadze - I radzę słuchać  uważnie, ponieważ nie będę tego powtarzał. Nic nie zrobisz - teraz to ja się uśmiecham, a Matteo prycha rozbawiony. Dobry żart - Nie możesz mnie zabić, inaczej gorzko tego pożałujesz. Zastanów się, czy...
- Pierdol się! - przerywam mu i podchodzę bliżej, stając z nim nos w nos - Nie boję się ciebie, śmieciu! Nic nie możesz, rozumiesz?! Wisisz tutaj jak ranne zwierzę, pobity i sponiewierany, a śmiesz mi grozić?!
- To, że tu wiszę nie znaczy, że gra się skończyła, Ottavio. Nie zapominaj, że mam swoich ludzi na mieście.
- Nie obawiaj się, jak tylko z tobą skończę, zajmę się nimi. Wybiję każdego, kto stanął przy twoim boku.
- Myślę, że może ci się nie udać, ponieważ nie masz pojęcia, kto stoi przy moim boku. To nie jest garstka amatorów, to świetnie wyszkoleni ludzie, którzy wiedzą, czego od nich oczekuję. Wypuścisz mnie, Ottavio.
- Możesz o tym jedynie pomarzyć. Nie opuścisz tej piwnicy żywy, Conte. Jedynie w czarnym worku.
- Powinieneś to przemyśleć. Nie działaj pochopnie, kiedy masz tak wiele do stracenia. Dobrze ci radzę.
- Mam w dupie twoje rady, jesteś jedynie złodziejem, nikim więcej. Każdy na mieście już o tym wie.
- I mimo to kupują ode mnie towar. Chyba nie bardzo przejęli się wiadomością, że cię okradłem, stary.
- Wystarczy, że ja się tym przejąłem. Umrzesz, przygotuj się na to. Czekałem na to od bardzo dawna.
- Popełnisz duży błąd, ale skoro tak stawiasz sprawę, niech ci będzie. Przygotuj się na armagedon.



Alessia POV:
Ottavio przepadł w piwnicy, spędzając tam sporo czasu. Zjadł ze mną tylko obiad, pocałował i znowu zniknął, wracając dopiero późno w nocy. Rano uciekł zanim wstałam, nie zostawiając nawet wiadomości. Martwiłam się, czy wszystko szło zgodnie z jego planem i zastanawiałam nad tym, co oni tam wyprawiają. Nie chciałam wyobrażać sobie, co robili z Salvatore, ale miałam to w nosie, ponieważ sobie na to zasłużył. Nigdy wcześniej nie posądzałabym siebie o takie myślenie, ponieważ miałam zbyt miękkie serce, które ściskało się na krzywdę innych, jednak ten człowiek przekroczył wszelkie granice i żałowanie go nic tutaj nie pomoże. To było pewne, że umrze. Ottavio nigdy nie podaruje mu życia za kradzież oraz za to, że mnie dotknął. Mimo tego, iż wcale nie chciałam być przyczyną czyjejś śmierci, musiałam się z tym pogodzić i jakoś to przełknąć. Nic nie mogłam zrobić, mój mąż zapewne nawet by mnie nie posłuchał, gdybym poprosiła go o podarowanie Conte życia. Już dość napsuł mu krwi, a świat, w którym żyłam, nie znał
litości dla zdrajców. Nigdy nie byłam świadkiem morderstwa, ale wiele razy słyszałam opowieści ojca o betonowych bucikach bądź kwasie, w którym rozpuszczali ciało, nie pozostawiając żadnych dowodów. Brzmiało to przerażająco, nie potrafiłam sobie tego nawet wyobrazić, dlatego całkowicie zamknęłam się
na otaczające mnie niebezpieczeństwo. Skupiłam się na nauce, na trzymaniu tyłka z dala od kłopotów i nie wkurzaniu własnego męża, który czasami zmieniał się w cholernego dupka.


Zajęcia mijają szybko i przyjemnie. Pozwalają mi zamknąć Salvatore Conte w szufladce "przeszłość" i skierować myśli na inny tor. Tego właśnie potrzebowałam. Ottavio najchętniej zamknąłby mnie w domu, chronił i odciął od reszty świata, ale wtedy jedynie by mnie dobił. Tylko w ten sposób mogłam normalnie funkcjonować i cieszyć się życiem, studiując i spotykając ze znajomymi. I tak miałam dla nich mało czasu, a z dziewczynami widziałam się ostatnio na moim przyjęciu urodzinowym. Jedynie Gemma przewijała się gdzieś z boku, kiedy jeszcze spotykała się z Nino, aka skurwielem, który złamał jej serce.

Kiedy przemierzam długi korytarz, na horyzoncie pojawia się uśmiechnięty od ucha do ucha Ivo. Cmoka mnie w policzek, chwyta pod ramię i prowadzi do wyjścia z budynku. Lubiłam go, był dobrym kumplem.
- Nie wie, czy wiesz, ale za dziesięć dni zaczyna się sesja. Powiedz, że nie jesteś na nią gotowa, jak ja.
- Oczywiście, że nie jestem na nią gotowa. Czy na sesję w ogóle można być gotowym? Nie ma opcji, Ivo!
- Och, dlatego cię uwielbiam - chichocze i otwiera drzwi, przepuszczając mnie pierwszą - Masz czas?
- Jasne! Mam ochotę na karmelową herbatę, możemy pójść do kawiarni. Widziałeś może dzisiaj Emmę?
- Tak, wyszła chwilę przed nami. Wciąż nie doszła do siebie po rozstaniu. Nie mówiła o tym zbyt wiele.
- Cóż, ja też nie będę. Najlepiej, żeby o nim zapomniała i poszła dalej. Ten typ nie zasługuje na to, żeby za nim płakać - wzruszam ramionami, a Ivo marszczy brwi. Im mniej wie, tym lepiej dla niego. 



Ottavio POV:
Siedzę w fotelu, sączę drinka i wpatruję się w wiszącego Conte. To nie tak, że nie chciałem zabić go natychmiast, jak tylko wpadł mi w ręce, bo miałem na to kurewską ochotę, jednak czyż to nie byłoby za proste wpakować mu kulkę w łeb i podarować szybką śmierć? Tylko nieliczni na to zasługują, ci, którzy poświecili się dla sprawy, ochronili rodzinę, postąpili słusznie. Tak właśnie umarł Dino - człowiek, który
był mi bardzo bliski. Był wierny jak pies, zawsze przy moim boku niczym anioł stróż, mający oczy i uszy dookoła głowy. Tego dnia rozpętała się strzelanina, kiedy ktoś postanowił napaść na mój magazyn. Bronił
go niczym lew, opróżniając magazynek za magazynkiem, pozbywając się wrogów. Niestety zbyt się osłonił, a jakiś skurwiel wjechał w niego i praktycznie wbił w ścianę. Trzymałem go w ramionach, uspokajałem i zapewniałem, że wszystko będzie dobrze. Nie miałem takiej pewności i Dino doskonale o tym wiedział. Czuł, co nadchodzi i chociaż umarłby tak czy siak, poprosił mnie, żebym skrócił jego męki. Krzyczał z bólu, miał zgniecione nogi, a krew szybko rozlewała się na boki, brudząc nie tylko jego, ale i mnie. Miałem w dupie, że obok wciąż latały kule, liczył się mój przyjaciel, brat, który wiedział, że to koniec. Płakałem, kiedy umierał w moich ramionach. Spełniłem jego prośbę, strzeliłem mu w głowię i pozwoliłem odejść w chwale. Wyprawiłem mu piękny pogrzeb, na którym były tłumy ludzi, żegnając go tak, jak na to zasłużył. Był wspaniałym człowiekiem, odszedł zbyt szybko, z czym długo nie mogłem się pogodzić. Ruszyłem z zemstą, pakując w młodego gnojka cały magazynek, choć i tak nie było mi lżej. Mieliśmy po dziewiętnaście lat, to nie tak powinno się skończyć. 
Dlatego Salvatore Conte nie umrze łagodną śmiercią, odchodząc szybko i bezboleśnie. Od kiedy tylko trafił w moje ręce, chłopcy nie mieli dla niego litości. Bicie, rażenie prądem, podtapianie, to wręcz dla nich idealna zabawa. Matteo służył w wojsku, miał twardą dupę i nie znał litości. Przeszedł przez syf, śmierć oglądał codziennie, dlatego niczego się nie bał. Uwielbiał zadawać ból, bo sam go zaznał i wiedział, jak bardzo potrafi złamać. Ceniłem go i trzymałem blisko siebie, ponieważ bardzo przypominał mi Dino. Wiedziałem, że na zawsze pozostanie przy moim boku.- Jeszcze go nie wykończyłeś? - do środka wchodzi Domenico, a zaraz za nim Vito, który na widok Conte mruży oczy - Wiem, że lubisz się bawić, bracie, ale on już dawno powinien gryźć piach. Na co czekasz?
- A gdzie mam się śpieszyć? - uśmiecham się, podnoszę tyłek z fotela i ściskam dłoń jednego brata, a po chwili drugiego - Musi trochę pocierpieć, inaczej nie byłoby w tym satysfakcji. Świetnie się bawię.
- Jutro przypływa nowa dostawa. Dodatkowo ojciec świruje, bo ziemia w Kanadzie ucieka mu sprzed nosa.

- Co? - marszczę brwi, wpatrując się w Domenico - Przecież pozbyliśmy się senatora, w czym problem?
- Ktoś doskonale wie, że ojciec ma chrapkę na kawał ziemi. Wie też, że za zniknięciem senatora stoi nasze nazwisko. Ten ktoś robi wszystko, żeby ojciec nie mógł kupić ziemi, a ojciec chodzi wkurwiony jak diabli.
- To dziwne, że chce kupić ziemię tak daleko. Nie mówił wam nic na ten temat? Zawsze się zwierzał.
- To niestety też mnie martwi, Ottavio - Vito wzdycha ciężko, zakłada ręce za plecami i podchodzi do nieprzytomnego Conte - Wydaje mi się, że z ojcem dzieje się coś dziwnego. Podejmuje pochopne decyzje, zaczyna mieć przed nami tajemnice. Dodatkowo wciąż jest wkurwiony, rzuca się do mnie i ma wieczne pretensje. Matka twierdzi, że traci rozum. Ostatnio wpadł w szał, myśląc, że ktoś przyszedł go zabić.
- Zabić? Przecież nasz dom to jebana twierdza, nikt się tutaj nie dostanie. Co się z nim u licha dzieje?
- Ojciec zabił mnóstwo ludzi, bracie. Lata lecą, ojciec się starzeje i słabnie psychicznie. Jeśli dopadły go wyrzuty sumienia bądź zaczyna świrować, nie będzie kolorowo. Mama powiedziała mi, że zamyka drzwi na wszystkie spusty, śpi z bronią pod poduszką i nie opuszcza domu. Ma paranoję. Czegoś albo kogoś się boi.
- Jasna cholera, ojciec nigdy niczego się nie bał. Pociągał za spust bez mrugnięcia okiem. To dziwne.
- Dlatego musimy mieć oczy dookoła głowy. Nie wiemy, co wymyśli i co jeszcze przyjdzie mu do głowy.

Po rozmownie z braćmi idę odwiedzić ojca. Kiedy tylko wchodzę do jego domu, uderza we mnie niemal przeraźliwa cisza. Nie widzę nigdzie ich gosposi, ani matki, która przeważnie zawsze gdzieś się kręci.
- Halo?! Jest tu ktoś? - wydzieram się, przeskakuję schodek po schodku i kieruję się prosto do gabinetu ojca, gdzie spędza większość czasu. Kiedy już mam chwycić za klamkę, z sypialni wychodzi matka. Jej marny wygląd mnie szokuje. Zawsze elegancka, teraz wygląda jak nie ona - Co się stało? Gdzie tata?
- Zamknął się w gabinecie i świruje - wzrusza ramionami, podchodząc i cmokając mnie w policzek - Od kilku dni totalnie wariuje, wyobrażając sobie niestworzone rzeczy. Twierdzi, że w każdym kącie domu widzi Ettore - och! Ettore to jego dawny wróg, który odszedł z tego świata w okrutny sposób. Ojciec nie podarował mu za grosz litości, fundując prawdziwy koszmar. Dlaczego po tylu latach o nim myśli? - Dzieje się z nim coś dziwnego, syneczku. Mam wrażenie, że traci rozum, że życie, które prowadził zaczyna go przerastać. Wczoraj był u niego Mario, zalecił szczegółowe badania psychiatryczne. Ojciec go wyśmiał.

- Nie jestem zaskoczony, to w końcu ojciec. Dlaczego wcześniej nic nie powiedziałaś? Powinnaś była.
- Może i tak, tylko co by to zmieniło? Wiesz, jaki jest Federico. Był u lekarza z piętnaście lat temu.
- Muszę z nim porozmawiać - mama wzdycha ciężko, ulatnia się, a ja wchodzę do jego gabinetu. Ojciec siedzi w fotelu, wpatruje się w okno i ściska w dłoni gnata. Kiedy tylko mnie słyszy, zrywa się i celuje prosto we mnie. Kurwa! - To tylko ja, tato - wystawiam ręce przed siebie, pokazując w ten sposób, że
nie mam złych zamiarów. Odpręża się i odkłada broń - Cholera, dlaczego siedzisz ze spluwą, huh?
- Muszę być gotowy na wszystko, synu. Czuję, że Ettore jest już blisko. Niebawem zjawi się w moim domu.
- Tato, Ettore 
nie żyje od przeszło dziesięciu lat. Uwierz mi, nie ma opcji, żeby się tutaj pojawił.
- Mylisz się. Nawiedza mnie codziennie, odgraża się, chce przejąć mój biznes. Nigdy mu na to nie pozwolę! - podnosi głos, nerwowo przeczesując włosy, a ja stoję w miejscu z rozdziawionymi ustami. Patrzę na własnego ojca, który naprawdę zaczyna wariować i myślę, jak mu pomóc. Jedno jest pewne; nie ma czasu do stracenia, konieczna jest wizyta u lekarza i zapewne odpowiednie leczenie, które pomoże mu pokonać te przeklęte urojenia. Tylko jak go do tego przekonać? - Usiądź, synu. Opowiedz mi, jak ci się żyje - nagle, jak gdyby nigdy nic, zmienia temat, zajmuje wcześniejsze miejsce i wskazuje fotel naprzeciwko siebie. Siadam totalnie zdezorientowany i zaniepokojony jego stanem - Jak miewa się twoja żona i dziecko?
- Bardzo dobrze. Alessię przestały męczyć mdłości, czuje się o wiele lepiej i wygląda pięknie. Byliśmy u lekarza i słyszeliśmy bicie serca dziecka. To była niesamowita chwila, tato. Jestem prze szczęśliwy.
- Bardzo mnie to cieszy, synu. Przez chwilę bałem się, że już nic z tego nie będzie, a ty musisz mieć potomka. Musisz przekazać mu swoje dziedzictwo, pokazać, jak być prawdziwym mężczyzną i nauczyć życia - ojciec tłumaczy poważnie, nie biorąc chyba pod uwagę faktu, iż może urodzić się dziewczynka. Cieszyłbym się równie mocno, jak z chłopca - Życie, które prowadzimy nie jest łatwe, a na każdym kroku czyha niebezpieczeństwo, dlatego musimy chronić naszych bliskich. Nigdy nie pozwól na to, aby wróg odebrał ci to, co należy tylko do ciebie. Wytocz najcięższe działa, żeby go pokonać, pokazać mu jego miejsce, jak i udowodnić, że rodzina Mancuso nigdy nie daje drugiej szansy. Kiedy zjawi się Ettore,  rozpętam taką wojnę, jakiej jeszcze nie widział - uśmiecha się szyderczo, wychyla drinka jednym haustem i zmyka oczy, opierając głowę o wezgłowie fotela. A ja siedzę i nie wierzę, że to dzieje się naprawdę.
 
O osiemnastej wraca Alessia. Kiedy tylko przekracza próg domu, a za nią jak cień podąża Mauricio, porywam ją w ramiona i całuję namiętnie. Odwzajemnia pocałunek, wsuwa palce w moje włosy i staje
na palcach, aby wepchnąć język do środka. W moim ciele budzi się żar, który przepływa z góry na dół, pozostawiając przyjemne mrowienie. I mimo tego, iż zapewne jest zmęczona, porywam ją na ręce, zanoszę na górę i stawiam dopiero w łazience, pozbywając się jej ciuchów i nie odrywając od niej ust. Idzie mi to mozolniej niż przypuszczałem, ale nie poddaję się i nie przerywam pocałunku. Tęskniłem za
nią przez cały dzień, chociaż miałem z Conte pełne ręce roboty, i mam ochotę na odrobinę relaksu.
- Ależ jesteś napalony - Alessia uśmiecha się w moje usta, kiedy rozpina guzik po guziku i zsuwa koszulę
z moich ramion. Szybko pozbywam się spodni, wpycham ją do kabiny i przypieram plecami do ściany.
- Tak na mnie działasz, maleńka. Nie zostawiaj mnie na tak długo, okej? - pieszczę skórę na jej szyi, a kiedy przygryzam kawałek pod uchem, cichutki jęk ucieka z jej ust - Nie możesz się przemęczać, a siedzenia na uczelni przez pół dnia to nie jest dobry pomysł - chwytam żel, wyciskam na dłoń i myję jej idealne, kuszące ciało. Kiedy opadam na kolana i całuję brzuch, uśmiecha się czule i głaszcze mnie po policzku - Moje dziecko - całuję skórę tuż poniżej pępka, zanurzając dłoń między jej udami. Odchyla głowę, chwyta powietrze i mocniej zaciska palce w moich włosach. 
 
W nocy schodzę do Conte, który właściwie już ledwo żyje. Chłopcy spisali się na medal, za co mam zamiar ich sowicie wynagrodzić. Ten skurwiel przed ostatecznym ciosem przekona się, że z rodziną Mancuso się nie zadziera. Kiedy dla mnie pracował, miał piękne życie, które sam spieprzył. Ma szczęście, że nie zabrałem się za jego rodzinę. Lubię jego żonę, która ma dobre serce i jest po prostu wspaniałą kobietą, taką, która absolutnie nie zasłużyła na życie przy boku tego śmiecia. Na pewno doceni fakt, iż zostanie wdową.
- Ile tutaj jestem? - pyta ze zwieszoną głową, próbując się podnieść, na co absolutnie nie ma już sił.
- Cóż, dzisiaj mija drugi dzień, a dlaczego pytasz, hmm? Czyżby moja gościna ci nie odpowiadała?
- Ależ skąd - uśmiecha się, unosi wzrok i wlepia go prosto we mnie - Ostrzegałem cię, Ottavio, a jednak mnie nie posłuchałeś. Wiedz, że się zaczęło. Cała machina ruszyła - marszczę brwi, za cholerę nie rozumiejąc jego słów, a ten dureń wybucha śmiechem, chociaż powinien zacząć się modlić. 
 




**** 
Chcecie weekend z opowiadaniem? :)
To już końcówka :(








wtorek, 28 maja 2019

Rozdział piętnasty

Ottavio POV:
Zaciskam dłonie w pięści, próbując pohamować gniew. Zbieram w sobie wszystkie siły, aby nie stracić
nad sobą resztki opanowania, nie wyciągać spluwy i nie strzelić temu skurwielowi prosto w łeb! Głupi nie jestem, nie mam zamiaru strzelać w miejscu, w którym jest mnóstwo ludzi i narażać ich na oberwanie.
J
ak tylko zgarnę Alessię, zajmę się tym śmieciem. Jak długo ją obserwował? Co sobie myślał?
- Widzę ją - Domenico wskazuje palcem w kierunku, w którym patrzę od kilku minut - Zabierzmy ją stąd.
- Tak. To jest kurewsko dobry pomysł - burczę pod nosem, ruszam w jej kierunku i odpycham od siebie każdego, kto staje mi na drodze. Za mną podąża Domenico oraz Matteo z Anselem, którzy przed sekundą do nas dołączyli. Droga nie zajmuje mi dużo czasu, a kiedy zatrzymuję się przy schodkach, dłonie Alessi unoszą się do góry, a następnie palce wsuwają we włosy. Ma zamknięte oczy, porusza biodrami i wczuwa się w taniec, a ja ledwo jestem w stanie ustać. Mój kutas niczym porażony prądem budzi się do życia, jakby wyczuwał, że ona jest obok - Szlag - psioczę pod nosem, układam dłonie na jej łydkach i zaciskam palce. Wzdryga się, schyla głowę, a nasze oczy się spotykają. Uchyla usta, gapiąc się na mnie zszokowana i niepewnie przesuwa wzrokiem po moich towarzyszach - Wracasz do domu! Natychmiast! - wydzieram się, aby przekrzyczeć muzykę i jednym ruchem przerzucam ją sobie przez ramię, uderzając w pośladek.
- Ottavio, nie! Gnieciesz mój brzuch! - och, kurwa! Poprawiam ją w swoich ramionach, biorę na ręce i ruszam przed siebie, odwracając się przez ramię. Nie mam nawet szansy wydać rozkazów chłopakom, bo oczywiście tchórzliwy Salvatore Conte spierdolił i nie ma po nim śladu.


W samochodzie panuje idealna cisza. Domenico siedzący obok mnie co rusz zerka na mnie spod byka, jakby tylko czekał na przedstawienie. Staram się opanować nerwy, zaciskam palce na kierownicy i jakimś cudem udaje mi się dotrzeć do domu. Dziękuję bratu, ściskam jego dłoń i prowadzę Alessię do środka. Trzaskam drzwiami, przekręcam zamki i wlokę ją do naszej sypialni. Kiedy myślę, co jej powiedzieć, ona zaczyna się rozbierać. Zsuwa z siebie krótką sukienkę, rozpina stanik, pozbywa się majtek i idzie do łazienki. Słyszę wodę, która leci spod prysznica, więc postanawiam do niej dołączyć i po chwili wchodzę do kabiny. Moja żona nie zwraca na mnie uwagi, myje się w milczeniu, spłukuje pianę i szykuje się do wyjścia, na co jej
nie pozwalam. Chwytam jej ramię, opieram plecami o ścianę i zakleszczam, odcinając drogę ucieczki.
- Musimy porozmawiać - mówię ostrzej, niż zamierzałem, a Alessia prycha rozbawiona - Co się tak bawi?
- Ty. Wtedy, kiedy ja chciałam rozmawiać, miałeś mnie w dupie. Wybacz, ale teraz ja nie mam ochoty na ploteczki - odpycha mnie, wychodzi z kabiny i chwyta ręcznik, owijając go wokół swojego ciała. Zaciskam szczękę, robię to samo i pewnym krokiem przekraczam próg sypialni. Alessia akurat wkłada na siebie satynowe spodenki, koszulkę do kompletu i rozczesuje wilgotne włosy - Nie waż się zaczynać, Ottavio.
- Nie mów mi, co mam robić! - podnoszę głos, aż odwraca się i marszczy brwi. Kurwa! - Wiem, że jesteś na mnie zła, ale ja również jestem wkurwiony. Dlaczego pojechałaś do klubu? W dodatku tego skurwiela?!
- C-co takiego? - jąka się zaskoczona, a szczotka wypada jej z dłoni - Chyba nie mówisz o Salvatore Conte?
- Oczywiście, że o nim. To jego klub, Alessio! Widział, jak tańczyłaś. Pewnie obserwował cię cały czas!
- Nie krzycz - prosi i siada na łóżku, chowając twarz w dłoniach. Robi mi się jej żal, bo odkąd zaszła w ciążę, nie ma chwili spokoju. Nie tego dla niej chcę. Musi odpoczywać, oszczędzać się i nie denerwować - Nie miałam pojęcia, kto jest właścicielem tego klubu. Chciałam tylko odreagować, ale nie piłam alkoholu.
- Taką mam nadzieję, kochanie - wzdycham ciężko, siadam obok i wciągam ją na swoje kolana. Tulę ją do siebie, głaszczę po plecach, a pod wpływem mojego dotyku wreszcie się odpręża - Nie mam nic przeciwko temu, żebyś wyszła do klubu. Proszę tylko, żebyś mi o tym powiedziała i żebyś nie uciekała Mauricio. Sama widzisz, że Conte brzydko pogrywa, próbując namieszać między nami - odchyla głowę, wlepiając we mnie te piękne oczy - Domenico mną potrząsnął, uświadamiając brutalnie, że to plan tego skurwiela. Sam powinienem na to wpaść, ale zaślepiła mnie zazdrość i gniew, że mogłabyś z nim być. Rozpierdalało mnie.
- Przecież nigdy bym cię nie zdradziła - ujmuje moje policzki, pociera je kciukami i opiera czoło o moje - Jesteś moim mężem, przysięgałam ci wierność i nie zamierzam łamać tej przysięgi. Nic nie łączy mnie z Conte i nigdy nie połączy. Przysięgam - mówi smutno, a moje serce zaciska pięść żalu. Jak mogłem w nią zwątpić? - Musisz ufać mnie, nie jemu. Jeśli będziesz wierzył innym, a nie własnej żonie, nasze małżeństwo się rozpadnie - wdycha, a sens tych słów rani moje biedne serce. Ma cholerną rację, dałem dupy! - Jest coś, co muszę ci powiedzieć, zanim on to zrobi, a czego wstydzę się wyznać - mój żołądek fika koziołka. Dlaczego mam złe przeczucia? - Nie spodoba ci się to, uwierz, mi też się nie spodobało. Wiedz jednak, że zostałam do tego zmuszona, Ottavio. Nigdy nie zrobiłabym tego z własnej woli - zaciska usta, a w jej oczach błyszczą łzy. Boże, co ona chce mi powiedzieć? - Kiedy zabrał mnie do siebie, na początku nie robił nic, przez co czułabym się zagrożona... do czasu - blednę, a moje dłonie zaczynają drżeć. Pali mnie uczucie gniewu, które ledwo jestem w stanie utrzymać na smyczy - Boże, boję się to powiedzieć.
- Cokolwiek to jest, musisz skończyć, Alessio. Postaram się mieć otwarty umysł. Czy on cię zgwałcił?
- Nie, na szczęście nie posunął się tak daleko, ale... pieścił mnie, Ottavio. Językiem - mówi ze wstydem, wstaje z moich kolan i nerwowo chodzi po pokoju. Kiedy dociera do mnie sens jej słów, zrywam się na równe nogi, chwytam leżący obok wazon i roztrzaskuję go na ścianie. Potem idzie karafka z wodą i fotel, który odbija się od ściany robiąc w niej dziurę. Już nie żyje! - Proszę, uspokój się! Przerażasz mnie!
- Jak mam się, kurwa, uspokoić, huh?! Ten skurwiel położyć na tobie łapy, dotykał cię, lizał! Boże!
- Nie chciałam tego! - wybucha płaczem, chowa twarz w dłoniach i cała się trzęsie - Błagałam go, żeby przestał, ale mnie nie słuchał. Nie masz pojęcia, jak się z tym czuję! Nikt oprócz ciebie mnie nie dotykał.
- Zapierdolę go! Będę upajał się każdą sekundą jego śmierci, kiedy będą ją przedłużał. Będzie cierpiał długie godziny! - dyszę ciężko, przeczesuję włosy i wpatruję się w nią. Nie wierzę, że naprawdę to zrobił - Doszłaś? - kiedy zadaję to pytanie, Alessia uchyla usta, a w jej oczach dostrzegam poczucie winy - Kurwa!
- Przepraszam! Uwierz mi, że wcale nie chciałam! Zablokowałam głowę, nie chciałam nic czuć, ale ciało przejęło kontrolę. Czułam się z tym okropnie, płakałam, kiedy doprowadził mnie do końca. Proszę...
- Nie mów nic więcej! Nie chcę tego wiedzieć! - podchodzę do niej, opieram plecami o ścianę i układam dłonie po bokach jej głowy. Jest cała zapłakana, pokonana, zagubiona. Pragnę przytulić ją do siebie, odgonić poczucie winy i wymazać czyn Conte - Należysz do mnie, Alessio. Wiesz o tym, prawda? - przytakuje głową, ocierając policzki - Bardzo dobrze, bo to się nigdy nie zmieni. Nigdy więcej nie dotknie cię żaden mężczyzna. Przysięgam na własne życie - jednym ruchem zsuwam z niej spodenki oraz koszulkę, chwytam za ramię i układam na łóżku. Patrzy na mnie ze zmarszczonymi brwiami, a kiedy rozchylam jej uda i dotykam ją językiem, spina się - To tylko ja, kochanie. Nie bój się - uspokajam ją, całuję czule i dociskam kciuk do małej kuleczki - Tylko ja mogę sprawiać ci przyjemność i mam zamiar zrobić to teraz - pieszczę ją, liżę, ssę, próbując zapomnieć o tym, kto robił to zamiast mnie. Jeśli Conte zagnieździ się w mojej głowie, zniszczę wszystko, co mam. Nigdy więcej nie dotknie mojej żony. 


Nazajutrz Alessia odpuszcza sobie zajęcia. Wcale nie musiałem jej długo prosić, a obietnica spędzenia całego dnia tylko we dwoje, przekonała ją natychmiast. Po ostatnich wydarzeniach była zmęczona i trochę spokoju jej się przyda. Poza tym była w ciąży, a nerwy mogły zaszkodzić dziecku. Nie mogłem doczekać się, kiedy będzie dane mi zobaczyć je na monitorze, posłuchaniu bicia jego serca, potrzymania dłoni na brzuchu Alessi. Obiecałem sobie, że nie dam odczuć jej, jak bardzo byłem wkurwiony po tym, czego się dowiedziałem. Każdy facet na moim miejscu wpadłby w szał, wyładowując gniew. Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem udało mi się opanować i skupiłem się na Alessi. Bolało mnie to, że ten skurwiel jej dotknął, ale nie mogłem winić za to akurat jej. Zrobił to wbrew woli mojej żony, a to kolejna rzecz do całej listy, za którą zapłaci własnym życiem. Poczekam cierpliwie na ten dzień, już niedługo.




*****
Kolejne tygodnie mijały jak za pstryknięciem palca. Odzyskaliśmy spokój, nikt nie wchodził mi w drogę,
a życie stało się... lżejsze. Trzymałem dłoń na pulsie, czuwałem, a moi ludzie pracowali przez cały czas, żeby zdobyć dla mnie informacje na temat mojego wroga. Oczywiście nie wystawiał nosa, aż pewnego dnia dowiedziałem się, że przebywał w Europie, zapewne robiąc jakieś interesy. Cieszyło mnie to, ponieważ chwilowo nie musiałem się nim martwić, ciesząc się żoną i naszym małżeństwem, które rozkwitło na nowo. Nie sądziłem, że to będzie możliwa, a jednak się udało. Każdego dnia patrzyłem na nią oczarowany, a każdy czuły gest, którym mnie obdarowywała, ściskał moje serce jak imadło. Miałem przy swoim boku wspaniałą kobietę, która sporo przeze mnie wycierpiała, mimo to potrafiła mi wybaczyć i dać szansę. 


Nerwowo podryguję nogą, ledwo siedząc na niewygodnym krześle. Alessia ściska moją dłoń i wznosi oczy
ku górze. Łatwo mówić! Nie czuję się zbyt komfortowo w poczekalni, gdzie naokoło otaczają mnie kobiety. Szlag! Dlaczego nie ma tutaj żadnego faceta oprócz mnie? Czy nie powinni przyjść ze swoimi partnerkami na badanie? Nie wierzę, że wszystkie są samotne, bez jaj! Widocznie są cipkami, skoro ich tutaj nie ma.
- Alessia Mancuso? - gwałtownie przekręcam głowę, prawie skręcając sobie kark, kiedy pielęgniarka wyczytuje Alessię. Podnosi się, ciągnie mnie w górę i uśmiecha do kobiety - Proszę wejść, doktor już na państwa czeka - przepuszcza nas w drzwiach, zamyka je za nami i sadza na fotelach przed biurkiem. Przysięgam, nigdy się tak nie stresowałem! - Przygotuję panią do badania usg. Zapraszam! - moja żona podaje mi swoją torebkę, znika na parawanem, a ja zostaję sam. Rozglądam się z zaciekawieniem i zatrzymuję wzrok na wiszących dyplomach. Doktor Umberto Fontane to zdolny skurczybyk, lepiej dla niego, żeby zadbał o moją żonę, inaczej będzie miał ze mną do czynienia - Może już pan dołączyć do żony.
- Dziękuję - wysilam się na uśmiech, podchodzę do łóżka i siadam obok na krzesełku. Alessia uśmiecha się do mnie, chwyta za dłoń i głaszcze wierzch - Zaraz wyrzygam wnętrzności, tak mnie skręca. Ciebie też?
- Odrobinkę. Nie mogę doczekać się badania, czekaliśmy na to długi miesiąc. Dzidziuś na pewno urósł.
- Witam - do gabinetu wchodzi lekarz, wkładając na nos okulary w czarnej oprawie. Opada mi szczęka,
bo za cholerę nie spodziewałem się młodego doktorka wyglądającego jak jebany Brad Pitt! - Dzisiaj zrobimy usg, posłuchamy serduszka i zmierzymy dzidziusia. To bardzo ważne badanie. Jesteście gotowi?
- Oczywiście! - Alessia niemal podskakuje z wrażenia i mocniej ściska moją dłoń - Kiedy poznamy płeć?
- Cóż, to dopiero dwunasty tydzień, więc wstrzymajmy się do kolejnego badania - doktorek siada obok, wylewa na jej brzuch jakiś przeźroczysty płyn i zaczyna badanie. Na monitorze nagle pojawia się szaro-czarno-biały obraz, ale kiedy przesuwa końcówką po brzuchu, coś się zmienia - O, proszę! Mamy bobasa - uchylam usta, a serce chce wyskoczyć mi z piersi. To się dzieje naprawdę? Nie dowierzam, że wpatruję
się we własne dziecko, które jest tak maleńkie, kruche, narażone. Szczęście miesza się ze strachem,
że nie zdołam go ochronić. Boże, ono naprawdę istnieje! - Maluch mierzy sześć centymetrów - gapię się
na dziecko z niedowierzaniem, ocierając policzki. Wierci się, chociaż Alessia jeszcze tego nie czuje.
- Ty płaczesz? - moja urocza żona patrzy na mnie ze zmarszczony brwiami, przyciąga mnie bliżej i układa dłoń na moim policzku. Nie mam pojęcia, w którym momencie rozbeczałem się jak baba - Dlaczego?
- Ze szczęścia, kochanie - zamykam oczy, uśmiecham się i biorę głęboki oddech. Cholera, będę ojcem! 
 

Po badaniu wybieramy się na obiad i zakupy. Mimo tego, iż Alessia wciąż nie ma brzuszka, kupuje kilka par o rozmiar większych jeansów, twierdząc, że w stare się już nie zapina. Przytyła zaledwie dwa kilogramy, chociaż jej biodra nieco się zaokrągliły. Wyglądała obłędnie i seksownie, na szczęście lekarz nie zabronił nam współżycia, a moja piękna żona była jak najbardziej chętna. Była wspaniała, a moje serce na jej widok przyśpieszało. Czułem, że zakochałem się w niej na nowo, kompletnie tracąc głowę, ale chyba nie czułem się na tyle gotowy, aby wypowiedzieć te słowa. Czekałem na odpowiedni moment, zbierałem się na odwagę, ale czas mijał, a mnie nic nie przechodziło przez gardło. Alessia zasługiwała na moją miłość, miała ją, tylko musiałem poszukać jaj, żeby powiedzieć to na głos. 

Budzi mnie dreszcz, który przelatuje po moim ciele. Nie mam pojęcia, która jest godzina, ale mam wrażenie, że spałem ledwo godzinę. Położyłem się dopiero o trzeciej nad ranem, omawiając z Matteo i Anselem sprawę Conte. Szukaliśmy jego miejscówek, łapaliśmy ludzi i eliminowaliśmy słabe ogniwa. Z powierzchni ziemi zniknęło osiem miejsc Conte, w których handlował moim towarem. Ciekawiło mnie,
czy już o tym wiedział. Liczyłem na to, że tak, co sprowadzi go z powrotem do Włoch. Czekałem na niego.
- Co do cholery - burczę pod nosem, gwałtownie uchylam powieki i spoglądam w dół, a na widok Alessi, która pieści mnie ustami, wybałuszam oczy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio robiła mi laskę, ale śmiem twierdzić, że wieki temu! Kiedy dwa razy mnie ugryzła, nigdy więcej jej na to nie pozwoliłem - Jezu, kochanie! - wsuwam palce w jej włosy, napieram mocniej i dociskam ją do siebie bliżej. Nie mam pojęcia, skąd wie, co ma robić, jednak idzie jej wspaniale. Osłania zęby, ssie delikatnie, a jej lewa dłoń pracuje. Nie spodziewałem się po niej odwagi i takiej wprawy. Mam nadzieję, że nie ćwiczyła na kimś innym, bo inaczej... - Kurwa! - odchylam głowę, wbijając zęby w wargę, aż czuję ból. Przyjemność pochłania mnie całkowicie, wpycham się w te słodkie usteczka i czuję skurcz brzucha, który świadczy o zbliżającym się finale. I w tym momencie wszystko dobiega końca, a orgazm się oddala - Szlag, dlaczego przestałaś?
- Bo mam na ciebie ochotę - przesuwa się w górę, patrzy na mnie jak wygłodniałe zwierzę i opada na mnie. Cichutki jęk ucieka z jej usteczek, podniecając mnie jeszcze bardziej, o ile to w ogóle możliwe. Patrzę jak zahipnotyzowany na jej idealne ciało, poruszające się leniwie, jej powiększone piersi, rumieńce na policzkach, przymknięte powieki, a moje serce zaciska niewidzialna pięść. Kocham ją.
 

Wieczorem schodzą się do nas Vito z Ariną, Gabrielle z Ignazio oraz moi przyjaciele. Na widok Nino Alessia zaciska szczękę, maskując gniew uśmiechem. Chciała zaprosić Emmę, ale kiedy tylko dowiedziała się, że będzie mój przyjaciel, natychmiast zrezygnowała z tego pomysłu. Sprawy ułożyły się fatalnie, jednak znalem Nino i wiedziałem, czym to się skończy. Ten chłopak czerpał z życia garściami, nie tracił czasu na zobowiązania, słuchanie pretensji, czy ganianie za dziewczyną. Same lgnęły do niego niczym ćmy do światła, więc po co się starać? Nigdy nie wtrącałem się w jego sprawy, tak jak i on nie wtrącał się w moje, ale swoje wiedziałem. Wszystko trwa do czasu, aż na drodze nie pojawia się odpowiednia kobieta, która zrobi facetowi sieczkę z mózgu. Możemy być skurwielami bez skrupułów. Możemy zabijać bez zawahania, robić brudne interesy, ale mamy serce, które pewnego dnia zabije mocniej i jest po nas. Tak było ze mną, kiedy Alessia była moją narzeczoną. Nigdy nie sądziłem, że drobna, słodka blondynka może mną tak zawładnąć, a jednak udało jej się to. Jaka szkoda, że dalsze sytuacje nas od siebie oddaliły, przez co straciliśmy siedem miesięcy naszego wspólnego życia. Wynagrodzę jej każdy dzień i każdą wylaną łzę.
- Jak z Conte? Wystawił wreszcie nos? - Vito zagaduje mnie przy barku, kiedy nalewam drinka dla Angelo.
- Nie, jeszcze nie. Na pewno to zrobi, kiedy tylko się dowie, że jego ludzie oraz miejscówki zdechły.
- Musisz to zakończyć, Ottavio. Ten śmieć za bardzo się rozpędził. Za samą kradzież musi gryźć piach.
- Och, będzie, bracie. Masz na to moje słowo - puszczam mu oczko i uderzam w plecy za co obrzuca mnie morderczym spojrzeniem - Na razie mam spokój i mogę skupić się na mojej żonie. A jak miewa się Arina?
- Świetnie. Odkąd przestały męczyć ją mdłości, wstąpił w nią diabeł. Jej nastrój zmienia się co pięć sekund, w domu musi być zapas lodów i wciąż się do mnie klei, przez co zaniedbuję kilka ważnych spraw.
- Uroki ciąży, mój drogi. Ja jeszcze tego nie odczuwam, ale niebawem pewnie się to zmieni. Czy nadal sobie niczego nie przypomniała? - wzdycha ciężko i przekręca głowę, wpatrując się w swoją żonę. Podążam za nim, upijając drinka. Arina rozmawia z Alessią, śmiejąc się głośno. Obie wciąż były bardzo młode, miały zaledwie dziewiętnaście lat, a mimo to posiadały w sobie ogromną siłę. Znałem takich facetów, którzy już dawno płakaliby jak baby, one walczyły z uniesioną brodą - Myślisz, że to się już nigdy nie zmieni?
- Nie mam pojęcia. Minął już ponad rok, powoli tracę na to nadzieję, ale nie myśl, że mam z tym problem. Tak jest lepiej. Wyobrażasz sobie, gdyby nagle wróciła jej pamięć? Gdyby przypomniała sobie swoje dawne życie, ojca, który tak bardzo ją skrzywdził? Została zgwałcona, bo on tak rozkazał. Gdyby o tym wiedziała, całkowicie by się załamała. Kocham ją taką, kiedy jest radosna, uśmiechnięta i szczęśliwa. Tylko na nią spójrz - uśmiecha się i wskazuje na nią brodą - Jest dla mnie wszystkim. Oddałbym za nią własne życie.
- Doskonale cię rozumiem, bracie - Vito patrzy na mnie zaskoczony, unosząc brew. Nigdy wcześniej nie mówiłem o uczuciach, wszystko trzymałem w sobie. On był taki sam, dopóki na jego drodze nie pojawiła się Arina - Nie patrz tak na mnie. Przecież moja żona to wspaniała kobieta, jak mógłbym jej nie kochać?
- Biorąc pod uwagę to, że wasze małżeństwo wyglądało na farsę, jestem zaskoczony tymi słowami, Ottavio.
- Układa nam się wspaniale, aż czasami boję się, że to jest za pięknie, aby mogło być prawdziwe.
- Daj spokój. Oboje zasługujecie na szczęście. Pora zapomnieć o złych chwilach i skupić się na dobrych.
- Taki mam zamiar. Dam z siebie wszystko, żeby wynagrodzić jej wszystkie smutki. Zasługuje na to.
- Zgadzam się, w dodatku oczekujecie na dziecko. Mam nadzieję, że będzie w rodzinie drugi chłopak.
- Farciarz z ciebie! Jeden strzał i od razu syn - patrzę na niego, a ten dekiel szczerzy się szeroko.
- To prawda, jednak najważniejsze jest to, że jest zdrowy. Jeszcze cztery miesiące i będę mógł przytulić go do piersi. Jesteśmy szczęściarzami, Ottavio. Mamy wspaniałe żony, dzieci w drodze. Doceniajmy to.
- Oj, tak. Zdecydowanie! - wystawiamy szklaneczki i stukamy się szkłem, kiedy łapię na sobie wzrok Alessi. Uśmiecha się do mnie lekko, podpierając brodę na dłoni. Mam ochotę krzyczeć ze szczęścia i dziękować Bogu, że wreszcie otworzyłem oczy i zobaczyłem, jaki skarb mam obok siebie.




Alessia POV:
Zostawiam towarzystwo i czmycham do toalety. Przez ciążę muszę biegać zdecydowanie częściej, choć zdążyłam już do tego przywyknąć. Robię co trzeba, myję ręce i poprawiam włosy, które poczochrała Gabrielle. Mimo tego, iż nie piję alkoholu, dzisiejszy wieczór jest wspaniały. Nawet obecność Nino mi nie przeszkadza, chociaż patrząc na niego myślę o Emmie, która siedzi w domu i wylewa za nim łzy. Lepiej dla niego, żeby nigdy więcej się do niej nie zbliżał. Wtedy na pewno nie skończy się na groźbie z mojej strony.

- Ali pośpiesz się! - Arina popędza mnie, przewracam oczami i wychodzę, ustępując jej miejsca - Dzięki!
- Nie ma sprawy - puszczam jej oczko, zahaczam o kuchnię i nalewam świeżą porcję mojego ulubionego soku. Kiedy wracam korytarzem, nagle przez drzwi od garażu wchodzi Matteo i Anselmo. Już mam witać ich serdecznie, uśmiecham się, jednak blednę, dostrzegając za nim resztę załogi. Rozpoznaję Alberto, Arrigo i Biago, ludzi mojego męża taszczących ze sobą człowieka. Z jego brwi cieknie sporo krwi, ubranie jest zniszczone, jednak mężczyźni nie okazują mu litości, szarpiąc bezlitośnie - Salvatore? - szepczę cicho, szklanka wypada mi z dłoni, a Conte unosi głowę, wlepiając we mnie te ciemne oczy.